Miejsca Uroda

Zabierz brwi do SPA

Czy taki rytuał może wynikać z realnej potrzeby, czy też jest to zwyczajna fanaberia? Postanowiłam sprawdzić to na własnych brwiach, fundując im godzinny seans w Brow Spa. Umówmy się – w tym samym czasie mogłabym wykonać upiększający zabieg na całą twarz, a nie wyłącznie na tak skąpy jej wycinek. A jednak w trakcie  i po nie kryłam pozytywnego zaskoczenia.

O tym, że brwi mają kolosalne znaczenie dla całego wyrazu twarzy wiem świetnie i niejeden obszerny tekst w prasie sama im poświęciłam. Dobrze zrobione, są w stanie zliftingować równie skutecznie jak botoks, otworzyć oko, wyszczuplić twarz i  nadać jej wypoczętego wyrazu. Dodają rysom ostrości i to właśnie one pozwalają wyglądać jak człowiek nawet w wersji no-makeup. Od kiedy posiadam tą wiedzę, staram się regularnie dbać o ich kształt i robić hennę. A kiedy jej kolor blednie dodatkowo sięgam po mój arsenał kosmetyków do brwi. Kiedyś sądziłam, że do makijażu wystarczy klasyczna kredka, dziś uwielbiam dużo bardziej plastyczne pomady do brwi nakładane specjalnym pędzelkiem. Wierzę też w moc odżywek, zwłaszcza jako wykończenie makijażu, dyscyplinujących przy okazji niepokorne włoski i utrwalających kształt na cały dzień. Używam korektora i rozświetlacza pod łukiem brwiowym, żeby uwypuklić kształt i podbić kontrast. W momentach wyjątkowego zdyscyplinowania w mojej  #beautyroutine zdarza mi się nawet wieczorem nałożyć na brwi specjalne serum. Robię więc dla nich naprawdę sporo, a tu okazuje się, że w Brow Spa mogą otrzymać znacznie więcej.

W Brow Bar od wejścia zaskakuje mnie cała masa kosmetyków i akcesoriów ustawionych na pod lustrem. Wow! Nie powstydziłaby się tej ilości niejedna profesjonalna makijażystka! Sesja zaczyna się od delikatnego oczyszczanie brwi i ich okolic delikatną wodą kwiatową.

Po niej następuje głębokie oczyszczenie specjalnym peelingiem do brwi ( do tej pory nie wiedziałam nawet, że taki istnieje!). Oczywiście muszę zapytać: „Po co peelingować brwi?!”. Okazuję się, że złuszczenie martwych komórek idealnie przygotowuje je do barwienia: kolor będzie bardziej nasycony i rozłoży się równomiernie, a co najważniejsze będzie dłużej trwał.

Teraz pora na mega odprężające zaskoczenie: dostaję podwójny zestaw hydrożelowych płatków z kawasem hialuronowym i kolagenem, nie tylko pod oczy, ale jednocześnie na brwi. I znowu dowiaduję się, że wyłącznie mega nawilżone wchłoną kolor henny jak gąbka. Trzeba przyznać, że ma to sens. A po całym, intensywnym dniu taki kompres sprawia, że naprawdę się odprężam. Do czasu, kiedy słyszę, że… za chwilę pora na BOTOKS!

Brzmi groźnie i kojarzy się jednoznacznie a jednak chodzi wyłącznie o turbo skoncentrowaną  odżywkę. A precyzyjniej, o organiczny miks kilku dobroczynnych olejków, witamin, drożdży i kwasu mlekowego, który ma zadziałać zbawiennie na kondycję i porost włosków fundując im mocnego kopniaka witaminowego. 

Wyznaczenie idealnego kształtu łuków to geometryczna magia, a kiedy spoglądam w lusterku na wykres naszkicowany białą witrażową pastą pozostaje mi zaufać, że to najsłuszniejszy kierunek. Nadzieją napawa mnie obietnica skorygowania asymetrii, która w moim przypadku jest  bardzo wyraźna: jedna brew wygięta jest ostro w geście permanentnego zdziwienia, tymczasem druga łagodnym łukiem opada z lekka oklapła.

Moja zgoda na rozrysowany kształt to sygnał do rozpoczęcia koloryzacji naturalną henną z liści Lawsonii, która w miejscu działania barwnika pobudza mieszki włosowe i regeneruje włoski. Co ciekawe, miesza się ją z wodą mineralną, a nie z utleniaczem. 

Henna nie jest mi obca, więc nie reaguję krzykiem tuż po zmyciu. Co może się zdarzyć każdemu za pierwszym razem. Wiadomo, że kolor będzie progresywnie blaknął.  

OK, nitkowanie to może nie najprzyjemniejsza cześć całego seansu, ale nawet ja i mój niski próg bólu możemy potwierdzić, że jest do wytrzymania. Udaje mi się nie uronić ani jednej, niekontrolowanej łzy. Muszę przyznać, że nitka we wprawnych dłoniach  jest szybka i zaskakująco skuteczna (niestety mam na swoim koncie doświadczenie, kiedy w rękach niewprawnych, może być dla brwi równie niebezpieczna), a dodatkowo, pojedyncze włoski tuż przy linii brwi zostają precyzyjnie usunięte pęsetą.

Na koniec lekki makijaż samych brwi i podrażnionych okolic, czyli w ruch idą kredka, żel i korektor.  Do ręki dostaję lusterko, a do drugiej odżywczy olejek do nawilżania i pielęgnowania brwi w domu , tak żeby szybciej pojawiły się włoski, tam gdzie mam ich deficyty zakamuflowane na razie henną. Kiedy kosmetyk się skończy, wystarczy, że w aptece zakupię zwykły (a przecież kultowy!) olejek rycynowy i wzbogacę go wyciskając do środka zawartość dziesięciu kapsułek witaminy A+E. Tą miksturą mam też rewitalizować rzęsy. Robiłam to już w liceum, ale przyznaję, że patent z witaminą A+E mnie zaskoczył.

A co do samych brwi? Wow! Oba łuki są równe! Dodatkowo zbyt długie, opadające końce nadawały smutnego wyrazu twarzy, a teraz patrzę jakby… z większą ciekawością . Czyli jednak efekt: botoks!

Write a comment