Uroda

Z opalenizną na dłużej

Opalanie ma ostatnio kiepskie papiery. I dobrze. Sama piętnuję niekontrolowane smażenie się na słońcu, a już na pewno ze zgrozą patrzę na beztrosko wystawione na jego działanie twarze. Tylko, że opalona skóra wygląda sexy i temu trudno zaprzeczyć. A promieni słońca tak bardzo nam brak przez większą część roku. Jak żyć?

Po wakacyjnym plażowaniu nad rodzimym Bałtykiem i tygodniu spędzonym pod słońcem upalnej Grecji, refleksję mam jedną: trąbienie w mediach na temat szkodliwości opalania trafia w próżnię, w każdym razie w przypadku dziewięćdziesięciu procent urlopowiczów, których kluczowym  zajęciem na plaży jest systematyczne przestawianie leżaków, lub przekładanie ręczników  w kierunku słońca, tak żeby centralnie wystawiać się na jego działanie od rana do wieczora. Im bielsza karnacja- słowiańska, germańska czy skandynawska tym większa determinacja, żeby z wakacji wrócić napiętnowanym słońcem. Okulary przeciwsłoneczne? Zero! Przecież pozostałyby po nich niedopuszczalne białe ślady. Kapelusze? Zero! Przecież rzucałyby cień na czoło, z którego pot leje się strumieniami. Nie ma, że boli, w tym przypadku cel uświęca poświęcenie. Bo opalenizna to przecież wciąż synonim udanego urlopu. W Grecji podczas hotelowych kolacji, chociaż starałam się zerkać dyskretnie, naprawdę nie mogłam oderwać wzroku od purpurowych twarzy, spalonych pleców, łydek, ramion i dekoltów, które kwalifikowały  się conajmniej  do natychmiastowego obłożenia kojącym aloesem, albo grubą warstwą Panthenol’u. To przecież nie opalenizna ale dramatyczne i zgubne w skutkach poparzenia słoneczne. Najwyraźniej wciąż pokutuje przekonanie, że na początku musi być czerwone zanim zbrązowieje…

Sama jestem mądra po szkodzie, bo od wielu lat noszę na twarzy pamiątki bezmyślnego wystawiania się na słońce, ale niestety dziesięć lat temu świadomość w temacie szkodliwości opalania była znikoma. Zamiast kremów z filtrem w sklepach  królowały turbo – mega  przyspieszacze opalania, sporadycznie wyposażone w  symboliczny faktor SPF 5 lub SPF 10. Nikt też nie uprzedzał, że stosowanie hormonalnych tabletek antykoncepcyjnych  w duecie z silnym promieniowaniem to gwarancja oszpecających przebarwień.

Wielokrotnie byłam kuszona usunięciem ich za pomocą radykalnych pilingów chemicznych. Takich, które do żywego zdzierają skórę, a w jej miejsce odbudowuje się nowa, jasna, pergaminowa i delikatna jak pupa niemowlaka, tylko znowu niezwykle podatna na powstawanie przebarwień, więc po takim zabiegu słońce staje się już na zawsze jej wrogiem numer jeden, Ale ja go nigdy nie traktowałam jak wroga! 

Prawda jest taka, że je uwielbiam. Uwielbiam lato i upały, nawet te, które innych przyprawiaj o palpitacje serca. Kocham też niezmiennie opaleniznę, a moje przyjaciółki przewracają oczami , jadąc ze mną na wakacje, bo wiedzą ile jestem w stanie zrobić przed, w trakcie i po powrocie dla uzyskania i utrzymania  pożądanego kolorytu osmaganego słońcem ciała. Niestety natura w tym temacie nie była dla mnie łaskawa i w wersji demo jestem biała, no może z lekko różowawym odcieniem (brrr), czyli według mnie przezroczysta.

Owszem, bezwzględnie chronię twarz filtrem z faktorem SPF 50, a na wakacjach obsesyjnie smaruję się nim wiele razy dziennie. Nie zdejmuję też okularów przeciwsłonecznych, a czapkę z daszkiem noszę nawet podczas pływania ( jedyny wyjątek to mój ukochany Snorkeling, który wymaga jednak założenia maski ). Tymczasem wystawienie pozostałych części ciała na słońce jest zbyt silną pokusą. Tylko, że pomiędzy smażeniem się a opalaniem się jest jednak różnica.

Opalanie to proces rozciągnięty w czasie i wymagający cierpliwości, również przed, jak i po wakacjach, o ile efekt ma cieszyć jak najdłużej. Step by step ja dzisiaj to robię mniej więcej tak:

PRZED WAKACJAMI

Już późną wiosną koncentruję się na skórze twarzy i robię to w gabinecie u kosmetologa i lekarza medycyny estetycznej : serię profesjonalnych pilingów ( takich po których nie dochodzi do nieestetycznego złuszczania ) przeplatam z serią mezoterapii, to mix zabiegów, który zaleciła mi zaprzyjaźniona i niezawodna dr Iwona Radziejewska-Choma i  nieprawdopodobne jak on kondycjonuje cerę! Grubsza, oczyszczona i konkretnie nawilżona skóra o wyrównanym kolorycie jest mocniejsza w walce ze skutkami słonecznego promieniowania. Kiedy do codziennej pielęgnacji dodam jeszcze serum z witaminą C (warto pamiętać, że wspomaga ochronne działanie  filtrów UV), to bilans strat po lecie redukuję do minimum. Umówmy się, czasu nie cofnę, ale „stare przebarwienia” bledną, a nowe nie powstają. A mogłyby, bo prawda jest taka, że z wiekiem ilość pigmentu kumuluje się w skórze i skłonność do przebarwień i ostudy z każdym rokiem wzrasta. Stąd słynne plamy starcze, ot co.

Być może nie powinnam się do tego przyznawać, ale co tam. Przed wyjazdem na wakacje idę dosłownie 3 do 4 razy na solarium. Na ten mały grzeszek pozwalam sobie wyłącznie ten jeden, jedyny raz w roku. Wybieram sprawdzone miejsce i robię krótkie seanse, naprawdę po parę minut. Dzięki temu moja naturalnie biała skóra nie doznaje szoku przy pierwszym kontakcie z ostrym słoncem i od paru lat udało mi się uniknąć jakichkolwiek poparzeń słonecznych. Z dwojga złego wybieram więc mój grzeszny rytuał. Oczywiście nie opalam nigdy, przenigdy twarzy. Nie tylko wyłączam lampy na twarz, ale też zasłaniam ją kilkoma warstwami ubrania. 

Tak naprawdę przez cały rok konsekwentnie peelinguję całe ciało przynajmniej raz w tygodniu i nawilżam jak szalona, zazwyczaj dwa razy dziennie. To procentuje, bo tylko na dobrze przygotowanej skórze równomiernie rozłoży się póżniej samoopalacz! Aplikuję go zawsze dzień przed wyjazdem, pamiętając, żeby złuszczyć naskórek rownież tuż przed, ale tu uwaga: nigdy tłustym peelingiem! Te na bazie olejków uwielbiam, ale akurat samoopalacza nie wolno nakładać na natłuszczoną skórę, bo nie będzie się ładnie rozwijał, albo w ogóle słabo i na krótko zadziała.

Uwielbiam samoopalacz Arbonne, ma piękny odcień ! Bezolejowy peeling Vita Liberata jest idealny “przed”.

NA WAKACJACH

Jeszcze do niedawna trzymałam kciuki, żeby samoopalacz po trzech dniach nie zaczął schodzić pozostawiając po sobie paskudne plamy. Dziś już wiem odrobinę więcej jako niego dbać. Nie boję się zrobić delikatnego pilingu co dwa dni na urlopie, bo dzięki temu schodzi łagodnie i  równomiernie. Ba ! No właśnie, ale niestety schodzi! I na to mam patent: ten sam samoopalacz, który nałożyłam przed urlopem zabieram ze sobą i codziennie mieszam odrobinę z balsamem do ciała. Ta mikstura konsekwentnie podtrzymuje odcień, a jednocześnie jest na tyle łagodna,że nie brudzi ubrań, ręczników i pościeli, co jest zazwyczaj zmorą na urlopie  po zastosowaniu samoopalacza.

Zawsze zaczynam opalanie od preparatu z wysokim filtrem, ale po dwóch, trzech dniach aplikuję go już tylko na dekolt i szyję, a resztę ciała traktuję niższym faktorem. Nie leżę plackiem na słońcu, a jednak jakoś się opalam, może nie na heban, ale przy mojej karnacji to przecież niemożliwe. Naprawdę warto znać swoje ograniczenia. Z niekłamaną zazdrością patrzę na moją córkę, która już po dwóch dniach na plaży  wygląda jak mulatka ( a smaruję ją kremem z filtrem ), ale ona ma przecież śniadą karnację. Punkt wyjścia w przypadku oczekiwanego powakacyjnego efektu to sprawa kluczowa, kluczowa rownież jeśli chodzi o wybór faktora kremu do opalania.

Uwielbiam multifunkcyjne olejki do ciała, te ze skrzącymi się drobinkami -tylko one są w stanie zrobić na skórze efekt “Wow!”. Poza tym na urlopie z powodzeniem zastępują perfumy, bo zazwyczaj obłędnie pachną. Opalenizna, nawet ta najdelikatniejsza wygląda efektownie tylko na elastycznej, napiętej skórze, a olejki zdecydowanie jej w tym pomagają

Te olejki z drobinkami sprawdziłam na własnej skórze- są obłędne! Moje tegoroczne odkrycie to rozświetlający balsam Miya Cosmetics, który naturalne olejki ma swoim składzie.

PO WAKACJACH

Kilka dni prozy życia i czar pryska! Mam swoją teorię, że opalenizna blednie w ekspresowym tempie pod wpływem stresu : kilka bodźców, dzięki którym brutalnie wracasz do codzienności gasi skutecznie jej blask. 

Tak czy inaczej, jeszcze się nie poddaję i dbam o nią ile się da. Balsamy zmieniam na te „po opalaniu”, które dodatkowo regenerują przesuszoną i podrażnioną skórę, a co drugi dzień wmasowuję na noc odżywcze masło do ciała. Nie lękam się peelingów, drżąc, że zedrą resztki opalonej skory, bo to mit. Peeling działa wyłącznie na naskórek i a proces opalania zachodzi w głębszych warstwach skóry. Regularne, delikatne złuszczanie wyłącznie pomaga wydobyć efekt opalania.

Konsekwentnie podtrzymuję też kolor moją miksturą balsamu z dodatkiem samoopalacza. Najczęściej okazuje się, że tylko moja blada, zabezpieczona twarz odstaje od reszty, ale od czego są bronzery ? Kilka zamaszystych ruchów pędzlem i kontrast znika. Oczywiście o ile idealnie trafię z odcieniem, ale to już inna bajka.

Opalona równa się podrażniona! Moje balsamy po opalaniu to wyłącznie dermokosmetyki. Bezpieczne również dla skóry mojej ośmiolatki. Opalona skóra dziecka też wymaga nawilżenia.
Paletom do konturowania Smashbox jestem wierna od lat, ale ostatnio zakochałam się też w wegańskim bronzerze polskiej marki IUNO Cosmetics.

Write a comment