Styl Życia

POBIEGANE! I love it.

Gdyby jeszcze dziesięć lat temu ktokolwiek powiedział mi, że będę pisać ten tekst wychwalający bieganie i namawiający do niego innych, postukałabym się w głowę. Bo jeśli chodzi o jakikolwiek wysiłek fizyczny, to jeżeli coś autentycznie budziło moją odrazę jeszcze od czasów szkolnych ( nie licząc skoku przez kozła) to właśnie bieganie. Nie znosiłam biegać.

Dokładnie pamiętam początek tego naszego romansu. Pamiętam też przyczynę. Przed urodzeniem dziecka latałam na siłownie jak opętana. Uzależniłam się nie tylko od wysportowanej sylwetki i satysfakcjonującej mnie liczby na wadze, ale od również od codziennej dawki endorfinek uderzających do głowy. Tego regularnego kopa szczęścia wyraźnie zabrakło mi, kiedy już ustabilizowały się poporodowe hormony. Potężny wyrzut oksytocyny tuż po urodzeniu dziecka  jest fajny, ale doraźny i krótkotrwały. Z kolei pakiet tych poporodowych endorfin też jakoś powoli wyparowuje po kilku miesiącach niedospanych nocy. Powrót do regularnych treningów na siłowni z trenerem i opiekowanie się małym dzieckiem jakoś średnio idą ze sobą w parze. Tu chodzi niestety o czas, bo każde takie wyjście, licząc przejazdy, szykowanie się w szatni przed, a zwłaszcza po i sam trening siłowy połączony z uczciwym kardio to w moim przypadku conajmniej dwie i pół godziny wycięte z planu dnia.  

Ćwiczenia w domu? Ok. Ale jak tak bardzo chciałam z niego wyjść! Chociaż na chwilę, dla siebie. I tak właśnie zaczęłam biegać. Chociaż „zaczęłam” to zbyt szumne określenie. Podjęłam pierwszą spontaniczną próbę. I to był koszmar. Przetruchtałam może max dwa kilometry, a pod koniec byłam przekonana, że umrę. Bordowa na twarzy, spocona na plecach, starając się złapać usilnie oddech szukałam odpowiedzi na pytanie : Gdzie te osławione endorfiny? Gdzie to poczucie szczęścia? A przede wszystkim flow, o którym z emfazą opowiadali mi biegacze, czyli poczucie, że możesz biec i biec bez końca ( case Forresta Gumpa ?), a nogi niosą cię same…

Po nieudanym debiucie obraziłam się na bieganie. Opatrzyłam odciski i wrzuciłam buty do szafy. Ale… mieszkam akurat w miejscu, gdzie las styka się z rozległym parkiem. Na dodatek jeszcze okoliczne działki. No po prostu eksplozja przyrody, której mega potrzebuję i którą uwielbiam. W dodatku codziennie, chodząc na spacery z wózkiem mijałam radosnych biegaczy, którym trudno było nie zazdrościć. Nawet kiedy pot spływał im po twarzy mieli w sobie jakąś pozytywną energię  i emocje, których też za wszelką cenę postanowiłam doświadczyć. Podjęłam kolejną próbę. Tym razem się przygotowałam i podeszłam do tematu metodycznie. Poszperałam w internecie, który podpowiedział mi :” Jak zacząć biegać?”, kupiłam też książkę o podobnym tytule.

To było raczej zmuszanie się, przełamywanie… Początkowo udawało mi się samą siebie przekonać do wyjścia może ze dwa razy w tygodniu, a może nawet raz. Cała masa wymówek i powodów, żeby odpuścić. Bo pada, bo padało i jest błoto, bo zaraz na pewno zacznie padać. Bo upał i można mieć udar jak nic, bo mróz i jak złapię haust mrozu z oddechem to na bank zachoruję. Bo za późno, bo za wcześnie, bo gdzieś tam nie zdążę później jak pójdę teraz pobiegać. Przez pierwsze miesiące, tylko krótkie dystanse, z których nie mogłam być dumna. Bieg przeplatany marszem, jak radziła książka i Google. Cały czas powroty do domu z ognistą czerwienią na twarzy oznajmiającą światu ponadludzki wysiłek podjęty co dopiero. Walka o oddech. I brak tego poczucia szczęścia, no ewidentnie brak. 

Jest taki moment. I doświadczył go każdy kto biega. To jest moment kiedy łapiesz „to coś”, coś dość trudnego jednak do opowiedzenia. Kiedy na twarzy pojawia ci się mimowolny uśmiech, bo nogi niosą cię same a nie toczą walkę o kolejny krok. Bo oddech się wyrównuje, a ty zauważasz zmęczenie, ale ono jest dla odmiany przyjemne. Jak złapiesz ten moment, zawsze do biegania będziesz wracać. Bo prędzej, czy później zatęsknisz za uczuciem szczęścia jakie daje. Uzależnienie? Jasne! Bieganie na maksa uzależnia.

Powroty po przerwach nie są łatwe. Doświadczyłam tego po dwóch operacjach kolana. Jedna z nich była związana z rekonstrukcją więzadła krzyżowego. Powód? Bynajmniej nie bieganie, ale narty. Czy jeszcze będę mogła biegać?! To było jedyne pytanie jakie z przerażeniem w oczach zadałam mojemu lekarzowi pięć lat temu. Odpowiedź: „ No przecież po to operujemy! Takie operacje robimy zawodowym piłkarzom i wracają później na boisko. Zatem o czym my tu mówimy, w kontekście amatorskiego biegania?”. Musiałam przejść mozolną rehabilitację i przetrwać okrutny czas chodzenia w ortezie. Wyć mi się  chciało kiedy ledwo kuśtykałam o moich różowych ( na osłodę oczywiście) kulach a mijali mnie biegacze. Później nudne ćwiczenia odbudowujące i wzmacniające mięśnie. Powtarzałam swoją mantrę: ”Wszystko mija, nawet najdłuższa żmija…”( Mi ta formułka pomaga, serio, nawet na fotelu u dentysty.) I czekałam.

Teraz? Mam uważać na destabilizację kolana. Muszę mieć zawsze dobre buty do biegania z porządną amortyzacją( od kiedy znalazłam swój idealny model New Balance, zmieniam tylko kolory kolejnej pary i tylko do niego wracam). O maratonach mam zapomnieć, gdyby taki pomysł strzelił mi do głowy. Po operacji mam znać swoje limity i ograniczenia. Ale mogę nadal biegać! I tylko to się liczy. 

No dobra, to co ja z tego mam? Co w bieganiu jest fajne? Dlaczego warto? Dlaczego tak kocham? Ja znajduję przynajmniej dziesięć powodów, po jednym na każdy kilometr:

1. Mogę być ze sobą sama 

A dla mnie to ważne. Dlatego nie biegam w towarzystwie. Nie interesują mnie też zorganizowane biegi. No chyba, że cel jest zacny i wtedy trzeba. Moje bieganie to mój własny czas dla mnie i ze mną. Jestem wtedy sama z moim ciałem, z moimi myślami. Przyglądam się sobie od wewnątrz. Z nikim nie muszę dzielić się energią, z nikim nie muszę rozmawiać. I tak, przyznaję, czasem gadam do siebie i zdarza się, że wykrzykuję emocje, nawet w słowach niecenzuralnych. To bardzo pomocne!

2. Słucham w spokoju muzyki

Moja playlista na Spotify ma już około czterystu kawałków, a większość z nich ściągnęłam z intencją: ”Idealny do biegania”. Kocham muzykę, nie wyobrażam sobie życia bez niej, a w słuchawkach mogę słuchać jej świadomie. To ona nakręca mi tętno. W zależności od tego gdzie biegam, czasem słucham jej głośno, żeby odciąć się od bodźców i odgłosów na zewnątrz, czasem sączy się tylko do ucha, żeby nie zagłuszać śpiewu ptaków w lesie. Wybieram utwory w zależności od tego czego akurat potrzebuję, nie zawsze mocnego bitu wyłącznie. Czasem konkretnych słów ulubionych  piosenek. W sumie bardzo często.  

3. Bieganie jest tanie

Na pewno tańsze niż karnet na siłownię, o treningach z personalnym trenerem nie wspomnę. Biegać mogę w fancy legginsach ( tak, to miłe) , ale równie dobrze się biega w starym dresie. Cała niezbędna inwestycja to ta w porządne buty. One są naprawdę ważne, biegać akurat nie można w byle czym. I nie chodzi wyłącznie o kolana. 

Aha! Dziewczyny: jeszcze stanik, nie jakikolwiek, tylko przeznaczony do biegania! Serio, mijam was codziennie i często wasze falujące biusty błagają o litość. Sportowy, trzymający biust w ryzach stanik to konieczność. Wiem, że łatwo mi mówić przy moim niewielkim rozmiarze, ale tym bardziej, duży biust wymaga nadzoru. Bieganie to nie czołówka „Słonecznego patrolu”.

4. Nie zabiera dużo czasu 

O tym było powyżej, ale to jeden z podstawowych argumentów. Ubieram się, wychodzę, rozgrzewam kilka minut gdziekolwiek i biegnę. Zero czasu traconego na przetransportowanie się na miejsce treningu i całe rytuały wokół niego. Z nikim w szatni się też nie zagadam po treningu…

5. Daje mi stały kontakt z naturą

Dla mnie to jeden z najważniejszych atutów biegania. Codziennie mogę z bliska obserwować przyrodę. To jak zmienia się w kolejnych porach roku. Patrzeć w niebo. I patrzeć pod nogi. Po deszczu masowo wychodzą ślimaki- trzeba uważać. Czasem wiewiórka przebiegnie drogę, jak mam farta, o poranku mogę spotkać nawet jeża (najsłodsze stworzenie pod słońcem!). W maju wykluwają się małe kaczki… Kiedy jest mżawka tak świetnie się biega. Pierwszy śnieg też zaliczyłam kilka razy w biegu. 

6. Pozwala pokonywać słabości

Pewnie, że są gorsze dni. Kiedy nie mam ochoty wystawić nosa spod kołdry, kiedy mam kaca, kiedy zwyczajnie się nie chce nic kompletnie, nawet pobiegać. Czasem, żeby zdążyć pobiegać muszę  wstać naprawdę wcześnie, bo znając swój plan dnia, wiem, że później nie dam rady i nie ma co się oszukiwać tekstem: ”Najwyżej pobiegam późnym wieczorem.”  Zawsze jest wybór: mogę sobie dać przyzwolenie i odpuścić, co też jest Ok i co się zdarza.  Ale zazwyczaj, właśnie w te dni, kiedy się jednak przełamuję, biega się najlepiej. I jakoś po bieganiu cały mood się zmienia. Nawet kac mija, o ile był w miarę lekki 😉

7. Rozjaśnia umysł 

Bieganie robi dobrze na głowę, bardziej nawet niż na pupę. Taka prawda. Otwiera, przewietrza, porządkuje myśli, uspokaja „nietoperze w głowie”. Kiedy biegam, wpadam jakoś nagle na najlepsze pomysły, a to co trudne okazuje się nagle nieważne, lub proste. Bieganie pomaga mi  podjąć najważniejsze życiowe decyzje. To podczas biegania właśnie zdecydowałam ostatecznie o odejściu z wydawnictwa i  rezygnacji z etatu. Podczas biegania rownież zdecydowałam o zakończeniu związku, w którym nie byłam szczęśliwa i podczas biegania zdecydowałam też o nie wchodzeniu w kolejny związek, w którym byłabym równie nieszczęśliwa. 

8. Odchudza 

Bieganie nie wyrzeźbi sylwetki. Nie zastąpi ćwiczeń, bo to nie trening siłowy i nie angażuje wszystkich grup mięśni. Ale to aeroby w najczystszej postaci. Spalam biegnąc i podkręcam metabolizm na później. A im jestem szczuplejsza tym łatwiej się biega. I lżej.I szybciej. 

9. Biegając zwiedzam

Uwielbiam biegać w nowych miejscach! Kocham szwendać się po nieznanej okolicy. Biegnąc mogę zrobić rekonesans na późniejszy spacer, albo wycieczkę rowerem, mogę odkryć zapierające dech w piersiach miejsca, powłóczyć się po lesie, przebiec malowniczą miejscowość w szerz i wzdłuż.  Wtedy udaje mi się też znaleźć najpiękniejsze zejście na plażę. Mogę się też się zgubić (przygoda!), co w moim przypadku dość często się zdarza.

10. Jestem lepsza

Serio, kiedy wracam z biegania jestem milsza. „Wybiegana” jestem łagodniejsza, spokojniejsza, uśmiechnięta. Wraca mi poczucie humoru, nawet jeśli chwilę wcześniej byłam zołzą. Chce mi się. Bo to są właśnie te endorfiny odnalezione, których szukałam. 

Write a comment