Uroda

Opalenizna? Self Service!

Na temat opalania i mojego podejścia do niego wysmarowałam już konkretny elaborat podczas zeszłorocznych wakacji. https://justpassion.pl/z-opalenizna-na-dluzej/ Słońce w tubce to ekspresowy przepis na otuloną słońcem skórę, bez względu na kaprysy pogody ( kto w lipcu spędzał urlop nad Bałtykiem ten wie What I Mean).

Sztuczna opalenizna ma wady i zalety. Na starcie warto ustalić jeden fakt: samoopalacze, które nie pozostawiają plam na białej pościeli oraz ręcznikach i plamami finalnie nie schodzą po kilku dniach ze skóry, nie istnieją, podobnie jak jednorożce. Jakkolwiek ten fakt nie byłby przygnębiający.

W tym roku, jak co roku zresztą, kilka samoopalających nowości przetestowałam na własnej skórze. Wróciłam też do paru moich ponadczasowych faworytów. Tak oto wyłoniłam Top of The Top Anno Domini 2020. W wersji Lux & Low Budget, te samoopalające kosmetyki wymiatają.

SISLEY  Self Tanning Hydrating Body Skin Care & Self Tanning Hydrating Facial Skin

Tu mowa o parze, do ciała i do twarzy, bo w duecie sprawdzają się rewelacyjnie. Samoopalający balsam do ciała ma kremowy kolor i lekko żelową konsystencję. Rozprowadza się tak jak na luksusowy kosmetyk przystało. Oczywiście należy to robić za pomocą rękawicy przeznaczonej do aplikacji samoopalacza, ale sama sprawdziłam, że nie jest to niewykonalne  i bez niej. I tak zero smug i plam oraz jakichkolwiek nierówności przy rozprowadzeniu koloru. Ten, pojawia się po kilku godzinach. Subtelny, nie podbity żółtym odcieniem. Idealny. A ciało pachnie. Pachnie obłędnie. Samoopalacz do twarzy natomiast to mistrz dyskrecji- pozostawia ją muśniętą słońcem w mega naturalny sposób. Nawilża tak skutecznie, że spokojnie można go stosować zamiast codziennego kremu. Dla pożądanego efektu, wystarczy zrobić to dwa razy w tygodniu.

ARBONNE Liquid Sunshine

To jeden z moich samoopalających evergreenów, który kolejny już raz zabrałam ze sobą na wakacje. I nie tylko poręczna tubka jest jego atutem. Jest niewielki, ale imponująco wydajny. Nie wymaga aplikacji za pomocą rękawicy. Zero smug, zero plam. Trudno go przedawkować. Wchłania się dosłownie w mgnieniu oka, więc od razu po aplikacji można założyć ubranie. Kolor zauważam dopiero po kilku godzinach, a najpełniej rozwija się kolejnego dnia.Odcień nie jest za ciepły, mega naturalny. Ja mieszam Liquid Sunshine z nawilżającym balsamem do ciała, uzyskując miksturę  progresywnie opalającą. Wystarczy zastosować ją 3 razy w tygodniu, żeby subtelny kolor nie znikł. Jest optymalny rownież jako samoopalacz do twarzy, bo nie tylko koloryzuje, ale silnie nawilża, między innymi dlatego,że w swoim naturalnym składzie ma rownież aloes.

 

VITA LIBERATA Phenomenal Mousse

Dużo w tym opakowaniu naturalnych składników i to jest już zasadniczy plus na starcie. Bo marka Vita Liberata jest Eko, a ja to szanuję. Do pianki potrzebna jest rękawica, jak to do każdej pianki opalającej, żeby rozprowadziła się na skórze bez zarzutu. Pianka sama w sobie jest lekka jak piórko, a jej kolor pomaga uniknąć wpadek podczas aplikacji. Nieprzyjemny zapach? Zero! Kolor? Petarda. Tak śródziemnomorskiej opalenizny nie miałam nawet po wakacjach we Włoszech. Ważne, że Vita Liberata dba też o przygotowanie skóry przed nałożeniem samoopalacza i o jej pielęgnację PO, tak żeby kolor trwał i trwał. Peeling, w który warto zainwestować, jest oczywiście beztłuszczowy ( pamiętajcie, że każdy peeling, który pozostawia tłusty film, wykonany przed aplikacją samoopalacza, wpływa negatywnie na rozłożenie koloru i trwałość!). Z kolei balsam do codziennego stosowania po nałożeniu samoopalacza silnie nawilża skórę, co przedłuża jego żywot na skórze i pozostawia ją samą w świetnej kondycji. A tylko na tej dobrze odżywionej i elastycznej opalenizna wygląda cool.

 

FAKE BAKE Flawless Coconut Tanning Serum for Face & Body

Dużo dobrego w tym serum! Nawet gdyby nie opalało to sam skład już mógłby mnie przekonać do wypróbowania go jako kosmetyk pielęgnacyjny. Skusiłby mnie zawarty w nim olej kokosowy, kwas hialuronowy i aminokwasy jedwabiu, czyli wszystko co dobre dla nawilżenia, napięcia i wygładzenia skóry. Sam zapach może już zakręcić w głowie. Kokos, kokos, kokos w czystej postaci! A w dodatku ta nietypowa, żelowa konsystencja. Super przyjazna przy nakładaniu. Odcień Medium daje całkiem mocny efekt opalenizny, ale za to jakiej ! Karaiby. Trzyma się naprawdę długo, bo pomimo częstych kąpieli zaczęłam się z nim rozstawać dopiero po tygodniu.

MOKOSH Brązujący balsam Pomarańcza z cynamonem Balsam do ciała & BIELENDA Magic Bronze nawilżające masło brązujące do ciała 

Gwarantują subtelniejszy efekt niż klasyczne samoopalacze. Opalenizna pojawia się stopniowo, po trzech dniach stosowania. Ja używam zamiennie z klasycznym balsamem, czyli co drugi dzień po prysznicu. To idealny kosmetyk do zabrania ze sobą  na urlop !  Nawilża, odżywia skórę i współpracuje równolegle ze słońcem dbając o stopniowe pojawianie się upragnionego kolorytu. I uwaga, tu ważna informacja: nie brudzi prawie, prawie wcale (!) i schodzi ze skóry dużo mniej agresywnie niż samoopalacz. 

Obłędny, pomarańczowo cynamonowy balsam Mokosh to kosmetyczny sztos, do którego wracam regularnie od kiedy tylko się z nim poznałam jeszcze jako szefowa działu urody magazynu In Style. Od pierwszego spotkania z moją skórą nie miałam wątpliwości, że zasługuje na nagrodę w plebiscycie wyłaniającym najlepsze kosmetyki roku Best Beauty Buys. Oczywiście mu ją entuzjastycznie przyznałam. Konsystencja, zapach, efekt, który obiecuje i daje… Wszystko jest Wow! Wiem, że należę do szerszego grona entuzjastek tego produktu, co tylko potwierdza, że jest wyjątkowy. Z balsamem Mokosh znamy się zatem dobrze, a w tym roku poznałam się z masełkiem Bielenda. I tu duże pozytywne zaskoczenie. Naprawdę bardzo dobry kosmetyk w mega przyjaznej dla portfela cenie. Subtelnie pachnie, wchłania się świetnie i pozostawia skórę odprężoną i świetlistą. A delikatna, złota opalenizna pojawia się już po dwóch dniach stosowania. Będę do niego wracać, to pewne.

CLOCHEE Glow Body Balm

To nietypowy samoopalacz. Raczej „Final Touch” … Taki właśnie Glow dla ciała, niezbędny kiedy ma wyglądać bosko. Opala, ale ciut. Raczej nadaje sexy koloryt. Ale najważniejsze jest to jak on rozświetla, jak ta skora po nim lśni! Używam wieczorem, bo wtedy efekt jest najbardziej spektakularny. Tubka jest niewielka, więc zachowuję na …specjalne okazje. Składu wychwalać nie muszę nikomu kto zna markę Clochee- to wyłącznie zdrowe, naturalne i ekologiczne kosmetyki.

Write a comment