Uroda

Nie tylko na lato

W ostatni dzień lata, ukochany słomiany kosz chowam z żalem na dno szafy, żegnając się z nim na długie chłodne miesiące. Nie zamierzam jednak tak szybko poddać się dyktatowi jesieni i rezygnować z dnia na dzień z ulubionych, letnich kosmetyków. Przez cały sezon sumiennie testowałam kremy z wysokim faktorem UV, zwłaszcza te, które jednocześnie spełniają funkcję kremów BB, czyli są w stanie, przynajmniej w pewnym stopniu, zastąpić podkład.

Moja relacja z kremem do twarzy chroniącym przed promieniowaniem UV ma silne fundamenty pod postacią przebarwień, które każdego dnia mi o niej uprzejmie przypominają. To kolejny kosmetyk, który musiałam wpleść w swoją codzienną i całoroczną  „beauty routine”, więc zazwyczaj krok po kroku, od kilku lat wygląda ona tak: oczyszczanie (dodatkowo co kilka dni podparte złuszczaniem), tonizowanie, serum, albo esencja, krem pod oczy, krem nawilżający, krem z filtrem, podkład… Sporo tego. Zwłaszcza jeśli wszystkie czynności skoncentrowane są w czasie, towarzyszy im poranny pośpiech i warstwa goni warstwę zanim ta poprzednia zdąży się wchłonąć. W tej sytuacji każdy kosmetyk typu trzy w jednym, albo dwa w jednym to zbawienna rewelacja. Kremy koloryzujące, które wyrównują koloryt skóry, pielęgnują i jednocześnie chronią przed słońcem pokochałam od kiedy tylko się pojawiły. Oprócz tych, do których z zaufaniem wracam, pojawiają się wciąż nowe, o coraz bardziej zaawansowanych formułach i dopracowanych składach.

Trend na naturalny look sprzyja lekkiemu kryciu jakie dają kremy typu BB. Dodatkowo, promienie słońca demaskują każdą, nawet najbardziej misterną tapetę, a matujący puder też średnio się w nich sprawdza. W konsekwencji, latem w ciągu dnia, broni się  wyłącznie lżejszy makijaż, bo to co ja nazywam „No make-up” to jednak cera o wyrównanym kolorycie, muśnięta rozświetlaczem, albo bronzerem. To także zaznaczone brwi, rozjaśniający korektor w wymagających rewirach i pociągnięte błyszczykiem usta. W moim świecie, poza własnym mieszkaniem, „Totally True No make-up” nie istnieje.

Krem z faktorem minimum SPF 30 nakładam nawet wcześnie rano, kiedy idę biegać. Miło jeśli przy okazji subtelnie tonuje skórę. W tym momencie sprawdzają się najlżejsze formuły, podobnie jak na plaży, czy na kajakach. Czasem oczekuję jednak, nawet od BB, ciut konkretniejszego krycia i takie kremy też znalazłam.

Poniżej moja subiektywna lista faworytów sezonu 2019, lista kosmetyków, z których nie rezygnuję jeszcze w tym roku i do których w kolejnym będę wracać.  


ORIGINS Ginzing SPF 40 energy

Ta tubka pozostała mi jeszcze z poprzedniego roku, ale długi termin ważności po otwarciu (24 M), pozwolił mi spokojnie dokończyć kosmetyk tego lata. I wycisnęłam go do ostatniej kropelki! Bo to prawdziwa rewelacja, która nie tylko chroni, ale jednocześnie upiększa skórę. Nie wymaga kremu nawilżającego we wcześniejszym kroku , bo sam silnie nawilża i energetyzuje skórę- również zapachem, który uwielbiam. Kolor, jakoś magicznie, dopasowuje się  zarówno do skóry na początku lata, jak i póżniej kiedy już wraca opalona po wakacjach. Jest kompletnie nietłusty i lekki. Nie zamaskuje większych przebarwień i niedoskonałości, ale odcień ujednolici idealnie. Zawiera w sobie mix filtrów chemicznych i mineralnych, czyli jest mega skuteczny.

BIODERMA Photoderm NUDE Touch SPF 50+

To rownież moje odkrycie z zeszłego roku, ale krótki okres ważności (6M) zmusił mnie do otworzenia nowego opakowania. Tu chroni kombinacja filtrów wyłącznie mineralnych, więc jest w 100 % bezpiecznych również dla alergików, ale mam nadzieję, że od tej strony, akurat tej aptecznej marki nie trzeba przedstawiać. Ma dwa odcienie do wyboru – z czego ja zdecydowanie stawiam na ten ciemniejszy, bo jasny jest zdecydowanie dla bladej twarzy. Dwa kluczowe atuty: świetnie zapobiega błyszczeniu się skóry ( wreszcie nieupudrowane czoło bez blików!) i kryje na maksa, niczym nie ustępując klasycznemu podkładowi. Ma specyficzną, dosłownie płynną konsystencję, co jest atutem przy rozprowadzaniu, ale trzeba na niego uważać: niejeden raz pochlapałam nim ubranie starając się działać ” na szybko”.

DERMEDIC Sunbrella ultralekki ochronny krem koloryzujący SPF 50

Ależ ja go lubię! I tu określenie “utralekki” nie jest na wyrost pod żadnym względem. Lekka jest formuła kremu, który nawilża, w widoczny sposób rozświetla i delikatnie, ale nienachalnie koloryzuje. Lekka jest też poręczna tubka, którą zabieram wszędzie ze sobą, a jedną mam też w samochodzie. Bo ten genialny, lekko żelowy krem z łatwością można nakładać w ciągu dnia wielokrotnie. Przyjemnie chłodzi, więc koił na wakacjach moją podrażnioną słońcem skórę. W mieście używałam go też parokrotnie jako bazy pod makijaż i podkład rozkładał się na nim perfekcyjnie. Na pewno będą używać go przez cały rok. Zwłaszcza, że rozpoczętego kosmetyku nie ma po co zostawiać do kolejnego lata- nadaje się do użycia tylko 9M od rozpakowania.

AVENE SUN Fluid mineralny koloryzujący SPF50

Kolejny As wśród filtrów mineralnych, bezpiecznych nawet dla bardzo wrażliwej skóry. Ale zwróćcie uwagę na nazwę: to fluid w pełnym znaczeniu tego słowa. Kryje jak obiecuje, równomiernie i skutecznie. W sumie trudno go nawet zaliczyć w poczet kremów BB. Niemniej robię to, ze względu na jego nawilżające i łagodzące działanie. Kolor jest dość ciemny, więc zdecydowanie zaczęłam używać go dopiero pod koniec wakacji, zwłaszcza wtedy kiedy chciałam zamaskować jakiekolwiek problemy z cerą, co robi idealnie. Opakowanie do zużycia przez rok po otwarciu.

AVENE DermAbsolu Krem koloryzujący SPF 30 – 40ml

A tu tegoroczna nowość francuskiej marki Avene – czyli lżejsza wersja i odrobinę niższy faktor. Muszę przyznać, że pokochałam go od pierwszego użycia za zapach i za żelową konsystencję oraz składniki, które dodatkowo napinają skórę. Nic dziwnego, bo został stworzony dla skóry dojrzałej, której lifting w każdej formie potrzebny od zaraz. Podobnie jak poprzednik, ma termin ważności 12M. Mega plus za opakowanie z pompką! Kolor jest dość ciepły, brzoskwiniowy, więc chwilę się do niego przekonywałam.

IWOSTIN SOLECRIN BB Krem SPF 50+

Prawdziwy słodziak- malutki ( tubka 30 ml) i taki…świeży i zdrowy. Kiedy go nakładam, czuję, że jest po prostu dobry dla mojej skóry, że ją chroni, nie obciąża, pielęgnuje i nawilża. Co tak robi? Kompleks filtrów organicznych i mineralnych plus ochrona filtra immunologicznego. Jest subtelny pod każdym względem, również jeśli chodzi o kolor, który zaledwie ujednolica odcień cery. Jakoś mu ufam, więc czułam się bezpieczna kiedy stosowałam go nawet po zabiegu mezoterapii i peelingach medycznych.

NIMUE Sun-C Tinted SPF 40

Last but not least! Chociaż faktycznie sięgnęłam po niego już u schyłku lata. Ma imponujący skład i zaawansowaną formułę uzupełnioną o pakiet antyoksydantów. A w praktyce? Jest mega wydajny. I znowu konsystencja kremowo-żelowa, która jakoś wyjątkowo do mnie przemawia. Idealnie się rozprowadza i mocno nawilża, więc nie ma tragedii jeśli wcześniej zapomnę o codziennym kremie. Jest dostępny aż w trzech odcieniach, ja postawiłam na złoty środek, czyli medium i odkryłam, że jest naprawdę całkiem, całkiem ciemny. Po wyciśnięciu na rękę trochę się nawet przestraszyłam, ale na twarzy szybko się utlenia i zgrabnie adaptuje do odcienia opalonej cery. Duża tubka, bo aż 60 ml, ma prawo wystarczyć na całe wakacje. Od pierwszego użycia ważny jest 12M.

Write a comment