Uroda

MASKI. W lepszej odsłonie.

Niestety nie ma synonimu. A w obecnym czasie wolałabym go zastosować, żeby uniknąć słowa, które ma silnie negatywne konotacje… Może dlatego jakoś nie mogłam się przemóc, żeby skończyć ten post, m a s k o m poświecony właśnie. No to przynajmniej sprobuję maski odczarować! Tym bardziej, że to właśnie ostatnie miesiące spędzone pod hasłem #zostanwdomu pozwoliły mi przetestować (na spokojnie!) całkiem sporo z nich i wyłonić moich faworytów do zadań specjalnych.

Uwielbiam je i szanuję wszechstronność. Od czasów kiedy mozolnie oblepiałam twarz papką z płatków owsianych, albo obkładałam plasterkami świeżego ogórka, naprawdę przetoczyła się kosmetyczna rewolucja. Maski dedykowane są nie tylko poszczególnym  rodzajom cery, ale przede wszystkim mają spełniać się w konkretnych rolach: oczyszczać, zamykać pory, redukować podrażnienia, rozświetlać, napinać, regenerować, rozjaśniać, odżywiać, czy fundować zastrzyk turbo nawilżenia dla spragnionej cery. Na dodatek kuszą zapachami, konsystencją i kolorem, tak, żeby obowiązek ich stosowania zamienić w czystą przyjemność. 

Doceniam pomysłowość, sprytne opakowania i patenty ułatwiające ich stosowanie, jednak wśród moich ulubionych, są przede wszystkim te, które rzeczywiście spełniają obietnice :

OCZYSZCZANIE 

Oto moje dwie turbo skuteczne maski oczyszczające. Sięgam po nie właśnie wtedy kiedy potrzebuję natychmiastowej odnowy, pozbycia się toksyn i nadmiaru sebum, a przede wszystkim zwężenia porów. Po pierwsze City Block Purifying CLINIQUE czyli maska, która jednocześnie spełnia rolę peelingu. Oczyszczający sztos! Pastę o konsystencji glinki nakładam na kilka minut, a kiedy zmieni kolor na jasnoniebieski lekko zwilżonymi dłońmi masuję twarz, dokładnie tak jak w przypadku złuszczania peelingiem. Efekt mega. Podobnie jak po “czarnej mambie”, czyli masce typu peel-off Luminizing Black Mask BOSCIA. Wymaga trochę więcej czasu i cierpliwości – żeby spełniła swoją rolę i porządnie wyschła, trzeba posiedzieć z nią conajmniej pół godziny. Powiem tylko, że warto, bo minimalizuje widoczność porów jak żadna inna. 

REGENERACJA I ODŻYWIANIE

Czasem jest tak, że skóra potrzebuje konkretnego shota. Nierzadko po shotach właśnie … albo po turbo ciężkim tygodniu wypakowanym stresem po brzegi. Kiedy moja cera woła wszystkiego,  sięgam po grubą warstwę Clear Improvement Charcoal Honey Mask ORIGINS albo Superfood, Spirulina + Microalgae Kale Spinach, Age Prevention Mask YOUTH TO THE PEOPLE. Pierwsza teoretyczne reklamuje się jako maska oczyszczająca, ale de facto robi dla cery znacznie więcej. Zawarty w niej węgiel faktycznie robi dobrą robotę jeśli chodzi o usunięcie toksyn i zanieczyszczeń, ale najwięcej daje cerze zawarty w niej miód. Po prostu czuję jak skóra chłonie jego kojące i odżywcze moce każdym porem. A jak pachnie! Tego akurat nie da się opowiedzieć.  Ta druga jest po prostu najlepszym superfoodem dla cery, czyli odżywczą mieszanką jarmużu, szpinaku,  zielonej herbaty i ma się rozumieć sporej dawki spiruliny. Co robi? To przedziwne uczucie, ale mam wrażenie, że przywraca zmęczonej skórze objętość. Może to zasługa darów ziemi i morza, albo dawki kwasu hialuronowego? Nie analizuję, po prostu uwielbiam.

ROZJAŚNIANIE

No tej maski, to nic nie przebije! Kiedy kwas glikolowy i mlekowy  w całkiem przyzwoitym stężeniu znajdą się w jednym słoiczku z witaminą C , zaczynają dziać się rozświetlające cuda. Ten lekki żel ciut szczypie po nałożeniu ( kwasy!), a to dobrze, bo czuję jak działa. Delikatne złuszczanie równa się rozjaśnianie. A to w konsekwencji daje  efekt odmłodzonej, wygładzonej skóry. Duży plus za wygodne i hermetyczne opakowanie z pompką uwalniającą wyłącznie niezbędną ilość kosmetyku.  Vit. C Brightening Mask RODIAL – moja petarda!

NAWILŻANIE  

Owocowe drinki! Proste. Co napoi skórę skuteczniej? Kiedy mam trochę więcej czasu sięgam po ananasa, zamkniętego w Essential Shock Intense Mask NATURA BISSE. Naprawdę nieźle rewitalizuje ten ananas, zwłaszcza w połączeniu z antyoksydacyjną zieloną herbatką. Lubię potrzymać grubą warstwę nieco dłużej niż zaleca opakowania. Po dwudziestu minutach dzieją się nawilżające cuda. A kiedy mam zaledwie dziesięć minut na nawilżającego drinka strzelam szybkiego, ale skutecznego,  wypełnionego po brzegi olejkiem z pestek moreli, czyli Drink Up 10 Minute ORIGINS.  W swoim składzie ma oczywiście dużo więcej dobroczynnych składników i dopiero ich mix daje taki turbo efekt i zapach, który już sam w sobie mi wystarcza, żeby poczuć się lepiej. Wcale nie wymaga zmywania, co ważne kiedy walczę z czasem. Nie wymaga też nakładania po niej kremu. 

OLŚNIEWANIE 

Są takie momenty ( najczęściej wieczorem, po całym dniu, a nawet tygodniu), kiedy wymagamy od cery cudu regeneracji, rozjaśnienia, napięcia i udawania, że wyłoniła się przed chwilą ze SPA po wcześniejszych ośmiu godzinach regeneracyjnego snu. Karkołomne wyzwanie. Wtedy sięgam po mój hit nad hity: Gravitymud #Glittermask Firming Treatment GLAMGLOW. „Hello SEXY!” wita się ze mną każde opakowanie. I wie co mówi. Niezależnie od edycji: z kucykami Pony, ze srebrzystymi gwiazdkami zatopionymi wewnątrz. To bez znaczenia. W każdym wydaniu i kolorze ta maska peel-off spełnia rolę matki chrzestnej z Kopciuszka, która ekspediuje na bal moją najlepszą wersję. Ujędrnia, napina, wygładza, a przede wszystkim doprowadza do ładu owal twarzy. Myślałam zatem, że nie ma dla niej konkurencji, aż do niedawna, kiedy otworzyłam lilowe opakowanie Extra-Firming Mask CLARINS, która ujędrnia relaksując. A relaks łagodzi rysy i spłyca zmarszczki. Jeśli o konsystencji maski można powiedzieć, że jest zmysłowa, to taka jest właśnie. Inaczej jej nie określę.  Zmysłowy jest też jest obłędny zapach, więc chłonę ją każdym zmysłem. Do maski dołączona jest instrukcja krótkiego masażu twarzy. Może to on tak działa? Może to po prostu idealne combo?  To co ta maska robi dla cery jest nie do przecenienia. Mnie uśmiecha. A czy cokolwiek zdobi bardziej?

Write a comment