Styl Życia

Happy Valentines!

Róża z Lidla, czerwone stringi i bombonierka w kształcie serca nafaszerowana olejem palmowym. Tak naprawdę prawie każdy ma z tyłu głowy marzenie o innym finale walentynkowej randki. Komu się dzisiaj uda i dla kogo wieczór zakończy się obłędnym seksem? A jeśli nie to dlaczego?

Fragment książki “Kobiety rakiety. My z Pokolenia X.” Walentynkowo ma się rozumieć:

„W życiu nie miałam lepszego seksu niż teraz!” – deklaruje moja znajoma Ewelina (rocznik ’75) i tym optymistycznym akcentem chciałabym zacząć, i jednocześnie zakończyć ten rozdział. Tylko że Ewelina rozwiodła się rok temu, po osiemnastu latach dość „letniego” małżeństwa. Nie szuka nowego związku, spotyka się od czasu do czasu z trzydziestolatkiem zmatczowanym na Tinderze. Tylko na seks. 

 Houston mamy problem!

Hej, dziewczyno z generacji X. Jeśli funkcjonujesz w udanym związku, który cię uszczęśliwia i dzięki któremu twoja kobiecość kwitnie; w związku pełnym zrozumienia, akceptacji, wsparcia, równowagi i rewelacyjnego seksu, to możesz przeczytać ten rozdział wyłącznie po to, żeby jeszcze silniej docenić unikatowość własnej relacji. Wygrałaś los na loterii. Niestety większość z nas właśnie w tym obszarze może mówić o kryzysie. Nasze relacje z partnerem na ogół dalekie są od sielanki, a seks ma się nijak do fantazji o nim. Permanentne narzekanie na faceta w gronie przyjaciółek to ogólnie przyjęty standard, niebudzący już niepokoju. A przecież właśnie ten krytykowany na każdym kroku facet miał być tą komplementarną połową – to miała być teoretycznie najważniejsza, najistotniejsza relacja w życiu. To między wami miała być sztama. Hasła: oparcie, zaufanie, pożądanie, poczucie bezpieczeństwa, brzmią często po latach całkiem beznamiętnie. Tymczasem kiedy wracasz do domu, ściągasz szpilki, rzucasz kluczykami od samochodu i torbą z laptopem, zatrzaskujesz drzwi przed tym całym światem zewnetrznym, z którym każdego dnia podejmujesz nową walkę, kiedy odwracasz się plecami do tych drzwi, to czego pragniesz? Na co czekasz? Tak naprawdę? I chociaż raz, stojąc w przedpokoju, wiem, jak to brzmi, ale zapomnij o dzieciach, które „czegoś chcą”, zapomnij o tym, że trzeba wyprowadzić psa, bo przecież nikt tego nie zrobił, zanim przyszłaś z pracy… Pomyśl o sobie i o tym facecie z lekko zapuszczonym brzuszkiem, dzierżącym w dłoni pilota, rozłożonym w strategicznej pozycji horyzontalnej na kanapie i przypomnij sobie, jak było wam kiedyś fajnie. Oczywiście, o ile w ogóle było kiedyś fajnie. 

Kiedy rozmijamy się w naszych potrzebach, oczekiwaniach, marzeniach co do przyszłości tej dalszej i tej najbliższej, kiedy ty chcesz wszystkiego na maksa, a on tylko na tyle, żeby się nie zmęczyć, to związek zaczyna się rozpadać. 

I tak, w jednym ze scenariuszy tkwimy bezrefleksyjnie w niesatysfakcjonujących związkach, których spoiwem nie jest wzajemne przyciąganie, ale rutynowe, codzienne obowiązki, względnie dzieci i wspólna hipoteka. Jest też opcja trwania w toksycznej relacji, która po latach wyłącznie pozbawia nas energii. Są też duety beznamiętne, funkcjonujące wspólnie z rozpędu, z przyzwyczajenia i wygody oraz pary, które przez szacunek dla siebie oraz przez wzgląd na dzieci nie rozstają się, ale kulturalnie i niezwykle dyskretnie się zdradzają. 

No i wreszcie są też singielki po czterdziestce

Singielka – to określenie jeszcze parę lat temu brzmiało tak feministycznie i nawet fajnie się kojarzyło z wyzwoloną i spełnioną Carrie Bradshaw, która dla naszego pokolenia była sztandarowym przykładem kobiecej niezależności i ikoną obyczajowego wyzwolenia, nawet w naszej lokalnej, nienowojorskiej skali, godną naśladowania. To ona wyznaczała wielkomiejskie trendy, pokazywała, jak korzystać ze swobody i wreszcie jak fantastycznie jest wracać do własnego, pustego mieszkania, którego centralnym punktem dowodzenia nie jest kuchnia, tylko garderoba. Uczyła, jak żyć z rozmachem na własnych zasadach. Tylko że nawet Carrie też w pewnym momencie skończyła czterdziestkę i ostatecznie wyszła za mąż za swojego Mr Biga. Wiem, wiem – ten przykład to akurat cios poniżej pasa. Ale czy też trochę przez takie przesłodzone hollywoodzkie klisze nie stawiamy poprzeczki zbyt wysoko? Czy w naszej podświadomości nie zakorzeniła się podstępna myśl, że każda z nas zasługuje co najmniej na współczesnego księcia? I ostatecznie, czy w prawdziwym życiu ta wyemancypowana i rozpędzona kobieca niezależność przyciąga czy też odpycha facetów? No i przede wszystkim gdzie oni w ogóle są, gdzie mamy ich dzisiaj szukać? Jeszcze trudniej jest singielkom, jeśli dopiero teraz budzi się nagle uśpiony dotąd instynkt macierzyński i desperacka potrzeba posiadania dziecka, jeszcze teraz, jeszcze „rzutem na taśmę”, popycha w ramiona kogokolwiek lub byle kogo. 

SEX jest OK! 

Serial Seks w wielkim mieście pełnił jeszcze jedną, ważną funkcję w naszym pokoleniu – odczarowywał seks, pokazując, że jest ważny, że może być fajny, a nawet zabawny, a po każdym pójściu do łóżka z nowym partnerem kobieta nie musi zadręczać się wyrzutami sumienia. Z perspektywy grupy przyjaciółek pokazywał też, że można o seksie mówić otwarcie, bo to temat jak każdy inny. Można wymieniać się doświadczeniami, ale niekoniecznie trzeba też się nawzajem oceniać. 

W 1997 roku miałam dwadzieścia lat, a na polskim rynku właśnie debiutował magazyn „Cosmopolitan”. Produkt do cna amerykański, dokładnie tak jak McDonald czy coca-cola, ale wtedy tym wszystkim się właśnie zachłysnę- łyśmy. Dziś, w czasach globalnego dostępu do internetu, takie pismo na nikim nie robi wrażenia, ale dwadzieścia lat temu było rewolucyjną kopalnią jakiejkolwiek praktycznej wiedzy na temat tego: jak w ogóle „to” robić? Jak „to” nazywać? Zazwyczaj było chowane pod poduszkę, bo okładkowe hasła „orgazm” i „seks” jednak onieśmielały, a w miejscach publicznych budziły oburzenie i grozę. Polowałam na każdy kolejny numer i wertowałam go z wypiekami na twarzy. Jeszcze wtedy nie miałam bladego pojęcia, że już za kilka lat będę pracować w redakcji „Cosmopolitan” jako szefowa działu mody i pozostanę w niej praktycznie do czterdziestki. „Cosmo” zostało w tym czasie odsądzone od czci i wiary za lansowanie spaczonych wzorców feminizmu, za kreowanie wyidealizowanej, wręcz plastikowej wersji kobiecości, za to, że karmiło czytelniczki fantazmatami, przekładając sexy look nad wyższe wartości (kilka prac licencjackich i dyplomowych powstało na ten temat!), ale jednego nie można mu odebrać: spełniło funkcję prekursora w demitologizacji tematyki dotyczącej seksu i konsekwentnie oświecało kobiety, że mają pełne prawo do czerpania z niego przyjemności. 

Od niewiedzy do zalewu informacji. Sporo się zmieniło podczas naszego dorosłego życia. 

Pomimo wielu zahamowań, wstydu, nadal powszechnego zakłamania, w większości zgadzamy się co do jednego: seks jest ważny, wiemy, czego od niego oczekujemy, seks jest dla naszej przyjemności i to jest w porządku. 

Poniżej fragment mojej rozmowy z  doktorem medycyny Andrzejem Depką, specjalistą seksuologiem i neurologiem, prezesem Polskiego Towarzystwa Medycyny Seksualnej. 

(…) Rzeczywiście część kobiet, które mają obniżoną samoocenę albo poszukują potwierdzenia swojej wartości, podejmuje zachowania seksualne wyłącznie z tego powodu, że „on mnie chciał”. Nieważne, że w łóżku wcale nie było fajnie, ważne, że zostałam wybrana. To znaczy, że mam w sobie jakąś wartość. Takie osoby powinny najpierw pójść do psychologa, a nie do łóżka. 

J.M.: Tak, tylko często o tym nie wiedzą. 

A.D.: A właśnie! Problem w tym – to jest bardzo słuszna uwaga – że o tym nie wiedzą. Dlatego, że u nas w Polsce nie ma edukacji seksualnej opartej na dostarczeniu niezbędnych wiadomości o tym, co to jest seksualność człowieka i czym jest uwarunkowana. Sprowadza się ją tylko do wiedzy o zapłodnieniu i o unikaniu zapłodnienia, natomiast nie pokazuje się szeregu aspektów, które się składają na seksualność, nie mówi się o tym, jak to się będzie zmieniało w naszym życiu, jak wpłynie na nasze relacje. Prawda jest taka, że są mężczyźni, którzy nie są w stanie doprowadzić danej kobiety do orgazmu. A inni tę samą kobietę potrafią doprowadzić do orgazmu bez żadnego problemu, ponieważ istnieje między nimi pewna chemia – wzajemne oddziaływanie, które przyśpiesza cykl reakcji. Ale tego właśnie kobieta musi się nauczyć. Musi zebrać odpowiednią liczbę doświadczeń w tym zakresie. Tymczasem zbieranie doświadczeń u nas wiąże się z krytyką otoczenia, z napiętnowaniem, szufladkowaniem. 

J.M.: Na pewno nie zostanie to nazwane „zbieraniem doświadczeń”. Taka nomenklatura nie funkcjonuje. 

A.D.: Zamiast tego jest etykietkowanie, stygmatyzacja, która ma wydźwięk pejoratywny. 

J.M.: Puszczalska po prostu? 

A.D.: Latawica, prawda? A kto potem zwiąże się z puszczalską i z latawicą? Przecież związać się trzeba z dziewicą, bo to daje gwarancję, że jest czysta, nieskalana i pewnie zostanie „przyzwoitą kobietą” przez kolejne lata. A latawica – jeśli zaczęła latać wcześniej – to będzie latała później. To są właśnie mity, stereotypy. Nasze społeczeństwo jest przesycone szeregiem mitów, błędnych stereotypów i niestety wysysa się je z mlekiem matki i później przekazuje na podwórku. Nikt tego nie koryguje. Nikt nigdy nie wyjaśnia. Samo to etykietkowanie jest już elementem wprowadzenia zakazu i upośledzenia kobiecej seksualności.

Ostatnie pięć tysięcy lat historii ludzkości to osadzanie seksualności kobiety w najrozmaitszych gorsetach zakazów, nakazów i oczekiwań. 

J.M.: Moja młodość przypadała mniej więcej na koniec lat 80. minionego wieku. Bardzo dużo się zmieniło od tego czasu. Świat się zmienił. Wtedy dostęp do wiedzy na temat seksu był minimalny. Miałam może dwanaście lat, kiedy przez przypadek spadła mi z regału rodziców książka Seks partnerski profesora Zbigniewa Lwa-Starowicza. Po prostu zwariowałam ze zdumienia, że można pisać takie rzeczy! To było prawdziwe przeżycie, czytałam tę książkę pod kołdrą z wypiekami na policzkach. Nie było internetu ani rozpowszechnionej literatury na ten temat, w prasie kobiecej również nie poruszano tych tematów. Nasza wiedza mogła się opierać na przekazie rodziców. Jeśli to był przekaz kompetentny, merytoryczny, to w porządku, ale jeśli nie, to pozostawały sensacje z podwórka. Dzisiejsze pokolenie nastolatków ma dostęp do wiedzy na każdy temat. Ja nie oceniam… 

A.D.: Ale ja ocenię! To wcale nie jest lepsze. Okazuje się, że dostęp do internetu, książek, poradników, filmów, wcale nie powoduje, że nasza mentalność i podejście do seksualności się zmienia na lepsze. Czasami staje się jeszcze bardziej zdehumanizowane. Następuje uprzedmiotowienie tej seksualności, zamiast dążenia do wzajemnej bliskości. 

J.M.: Czyli nie jesteśmy w jakiś sposób upośledzone, ponieważ w młodości miałyśmy deficyt wiedzy na temat seksu? 

A.D.: Wrócę do tego, co pani powiedziała o Seksie partnerskim. Niech pani spojrzy na dzisiejszą osiemnastolatkę, która nie sięga po książki, bo przecież czytanie nie jest cool. W związku z tym, że nie sięga, tylko włącza film na byle jakim serwisie internetowym i widzi, jak należy dziewczynę przelecieć. Co tak naprawdę pokazuje ten film? Czego się ta dziewczyna może nauczyć, oglądając te filmy w internecie? Że ma dobrze zrobić laskę, udostępnić wszystkie naturalne otwory ciała i za każdym razem mieć orgazm. 

J.M.: Również wtedy, kiedy robi laskę. 

A.D.: Nawet wtedy. Ona jest nieszczęśliwa, ponieważ przyjmuje podświadomie przekaz, że aby w związku było dobrze, to ona musi być supersprawna technicznie. A przecież nie o to chodzi! Sekret udanego związku nie do- tyczy sprawności technicznej, tego, żeby ona gotowa była udostępniać się w każdym miejscu i w każdym czasie, w dowolny sposób. Ale tak jest w powszechnym rozumieniu: „Nie będziesz fajna, jeśli nie będziesz taka, jak pozostałe”. To przerażające. Gdyby owa młoda kobieta zdecydowała się sięgnąć po książkę, która tłumaczy rolę i istotę seksualności, żeby mogła sobie zadać pytanie: „jakie jest moje miejsce w tym wszystkim”, to przy- szedłby czas refleksji. Niestety refleksja nie przychodzi, bo znowu: „Jeżeli ja nie zrobię laski, to zrobi to moja koleżanka. A jak ona zrobi, to ja odpadam w rywalizacji o fajniejszego chłopaka”. 

J.M.: A jak jest u nas, kobiet po czterdziestce, z poczuciem wstydu? Mam wrażenie, że to ważne pojęcie, jeśli chodzi o nasze pokolenie. Nadal wstydzi- my się o seksie rozmawiać. Wstydzimy się swojej nagości, autentyczności. 

A.D.: Wstydzicie się swojej nagości, bo podstawowy przekaz, który odbierałyście na początku etapu rozwoju psychoseksualnego, dyktował, że należy się wstydzić nagości. Zakrywać się, bo obnażanie się jest niemoralne. W wieku czterdziestu lat wciąż się zakrywacie. Jak wyglądała socjalizacja kobiety w tych czasach, kiedy się rozwijałyście? Poprzez kontakt z kolorowymi magazynami ilustrowanymi, które niejako forsują określony obraz, jak bardzo ciało kobiety musi być perfekcyjne. Gdybym mógł, to podpaliłbym te wszystkie magazyny. One robią kobietom krzywdę. Nikt się nad tym nie zastanawia, że forsując pewne, często chore i fałszywe wzorce, unieszczęśliwia się wiele kobiet, bo one wierzą, że muszą stosować tony różnego rodzaju kremów, maści, zabiegów, po to, żeby ich ciało było wiecznie idealne. Wpędza się te kobiety w przeświadczenie, że nie odniosą sukcesu, jeżeli nie będę wyglądały tak jak te laski na zdjęciu. Nieważne, że zdjęcia są po graficznym retuszu, nieważne, że połowa artykułów jest pisana po to, żeby firmy kosmetyczne sprzedały swoje bezwartościowe kremy. Nieważne, że przeciętny mężczyzna w ogóle nie wie, co to jest cellulitis i gdzie go szukać u kobiety. Podczas seksu jego tak naprawdę interesuje w kobiecie zupełnie inny obszar ciała. 

J.M.: Ten niedotknięty akurat cellulitem? 

A.D.: Dokładnie ten. A tak szczerze, to nawet gdyby był pokryty cellulitem od środka, to i tak by mu to nie przeszkadzało. Ale kobieta jest przerażona. Wychodzi z kąpieli, staje nago przed lustrem, żeby się wytrzeć i myśli: „Boże, jak ja wyglądam? Jakim jestem kaszalotem!”. 

J.M.: Często kobiety nawet nie mają odwagi spojrzeć w lustro. Unikają kontaktu wzrokowego ze swoim odbiciem. 

A.D.: To prawda, kobieta się odwróci i nie będzie patrzyła, bo wstydzi się sama siebie. I potem to przekonanie zabiera ze sobą do łóżka. I kiedy facet chce ją całować i tu, i tam, to często woli, żeby szybko „to” zrobił i skończył, niż żeby rozbudowywał grę wstępną, ponieważ to się wiąże z eksplorowaniem tej pomarańczowej skórki, tych boczków, znamion, blizn… To przerażające. Nie ma mowy o udanym seksie, jeżeli kobieta nie afirmuje swojego ciała; jeżeli nie potrafi się ekscytować własnym ciałem. Jeżeli nie jest dumna ze swojego ciała. Nie tylko wtedy, kiedy wygląda nareszcie jak trenerka fitness, tylko kiedy afirmuje: „Jestem fajna taka, jaka jestem, a ten facet mnie kocha za to, jaka jestem. Za moją duszę, za ciepło, za moje ciało, które jest, jakie jest, ale on lubi je w łóżku właśnie takie”. 

J.M.: Brzmi świetnie, tylko niezwykle trudno osiągnąć taki poziom samoakceptacji. 

A.D.: Bardzo trudno – a to dlatego, że już od piętnastego, szesnastego. roku życia kobiety mają sukcesywnie wbijane do głowy, że muszą być coraz bar- dziej perfekcyjne. I potem, kiedy dochodzą do czterdziestki, to dodatkowo zyskują świadomość rywalizacji z dwudziestoparolatkami – agresywnymi, nastawionymi na sukces reprodukcyjno-towarzyski. Jedocześnie toczą walkę ze sobą, mając poczucie, że ich ciała nie są takie, jak być powinny, bo nikt w tych kolorowych, różnego rodzaju mediach nie forsuje prawdziwego wizerunku czterdziestolatki. Nikt nie pokazuje, jakie ona ma naprawdę fajne ciało i ile może zaofiarować. Potrafią to zrobić wyłącznie te kobiety, które się ze swojej seksualności cieszą. (…)

“Kobiety Rakiety. My z pokolenia X.” Justyna Moraczewska; wyd. Burda

Całą rozmowę znajdziecie w książce :-)!

Write a comment