Styl Życia

Dzień “Chłopaka”

Dziś dzień wszystkich chłopaków, mężczyzn, kolesi, facetów… Wybaczcie panowie, jakoś nie czuję tego święta, podobnie zresztą jak Dnia Kobiet. Niemniej jednak, święto jest święto i choćby symbolicznie, uczcić je należy.

Dedykuję Wam fragment mojej rozmowy o kondycji współczesnych związków, którą przeprowadziłam z psychologiem, psychoterapeutą Piotrem Mosakiem, do mojej książki “Kobiety Rakiety. My z pokolenia X “. To kobieca książka, fakt. Ale tu akurat jest bardzo o Was i niewątpliwie z męskiego punktu widzenia. Bez sarkazmu. Od serca. A dla Waszych kobiet -do przemyślenia.

“Piotr Mosak: Kiedy pracuję nad związkiem, który się sypie, to zauważam, że trudniej do danego faktu przekonują się mężczyźni: do tego, że związek jest dynamiczny, że się zmienia. Bo mężczyzna lubi status quo. I tak przez czterdzieści lat. W tym samym miejscu siedzieć, ten sam gatunek piwa pić i ten sam kanał telewizyjny oglądać.

Justyna Moraczewska.: Na tej samej kanapie.

P.M.: Facetom jest trudniej. Co nie oznacza, że nie dają się przekonać, dopasować i funkcjonować, spełniając wzajemne oczekiwania. I towarzyszyć w zmianie, jeśli tylko jeszcze jest miłość. Oni potrafią, tylko trzeba umiejętnie z nimi postępować. Natomiast problem w związku polega na tym, że nikt o tym nie rozmawia. Zdarza się, że kobieta tylko staje obok męża, obserwuje go, nie dając mu szansy, i ocenia: „On jest beznadziejny!”. A nie był taki wcześniej? Taki był standard! On nie robi nic złego. On taki był, jest teraz, a czy będzie, to już zależy od pracy w związku. Kiedy pracuję z takim związkiem, a kobieta chodzi gdzieś na kursy, szkolenia, indywidualną terapię czy coaching, gdzie tematem jest: „Teraz my – kobiety!”, to mam prawie stuprocentową pewność, że ten związek się rozpadnie. Tam kobieta jest uczona przez zewnętrzny autorytet, że musi teraz walczyć tylko o siebie. I wszystko – małżeństwo, rodzina – dla tego trenera czy coacha nie ma znaczenia albo nie chce tego uwzględniać w swojej pracy. Wpływ tego typu szkoleń na związek jest tragiczny, bo właśnie tam kobieta się przekonuje: „Pewnie! Jak on nie jest taki, jaki powinien być, to po co mi on, ten dziad?!”. Ja stopuję: „Dobra, a miłość? A rodzina? A obowiązek? Obiecywaliście sobie. Dacie radę”. A nie: „Teraz ja! A on, skoro nie zrobił tego samego przez ostatni miesiąc, to won!”. I kto jest gorszy? On czy ona?

J.M.: No dobra, kobiety faktycznie się czasem nakręcają…

P.M.: Tak, one myślą, że są super i fantastyczne. A ja mam proste pytanie: „No dobrze, to niech pani się pakuje. Tylko skąd pomysł, że dzieci są pani własnością?. A może one uwielbiają leżeć na tacie, gdy ogląda filmy? Może uwielbiają chodzić z nim do McDonald’sa, a nie z panią na targi ze zdrową żywnością, na widok której robi im się niedobrze? Może one uwielbiają grać z ojcem w piłkę na syfiastym podwórku, a nie grać w tenisa z pani trenerem personalnym? Jakim prawem?!”. Ona na to: „Bo to moje dzieci!”. Ja ripostuję: „Jego też!”.

J.M.: Kobiety zawsze są przekonane, że to one zabierają dziecko.

P.M.: A to jest świństwo. No albo równouprawnienie, albo nie. To nie jest równouprawnienie ani feminizm, że dzieci są moje. To jest świństwo. To jest szowinizm płciowy. Nagle z kobiet kochających i rodzinnych stają się szowinistkami, nie feministkami. Bo feminizm to jest równość. Ja jestem feministą, dlatego nie pozwalam żadnej z płci przeginać. A feministki, które przeginają, stają się szowinistkami, nazistkami płci. To nie jest nic fajnego. One niszczą swoje związki. Pytanie, co będzie za dziesięć, piętnaście lat. Bo jak dobrze pójdzie, to będą żyły średnio osiemdziesiąt lat. Co później? Dzieci też są coraz starsze i coraz mądrzejsze. Od dwunastego roku życia dziecko może zdecydować, gdzie chce mieszkać. Znam przypadki dzieci, które tylko na to czekają i mówią do taty: „Zgłoś wniosek do sądu, bo ja chcę mieszkać z tobą. Już mam dosyć matki”.

J.M.: Niezależnie od statusu materialnego matki czy ojca?

P.M.: Nie ma znaczenia. Oczywiście, są dzieci interesowne: mamusia jest bogatsza i u niej mam lepszy pokój, ona mi kupuje iPhone’a, tata mi kupi tylko Samsunga. Jednak większość chce mieć normalne, ciepłe, zwyczajne życie. Normalnym życiem nie jest dwanaście dodatkowych zajęć w tygodniu i mamusia, która w wieku pięćdziesięciu lat tylko się wygina i stroi miny do lustra, a na Instagramie umieszcza swoje zdjęcia w samym staniku. To nie jest fajne dla dziecka. Dzieci się wstydzą takich matek, są zmęczone takimi matkami. Dzieci, te inteligentniejsze, mówią wręcz: „Mamo, jesteś superszczupła, wysportowana, inteligentna, wykształcona. Czemu mamy jeść chleb, który nawet śmierdzi źle, ale niby jest zdrowy? Ty jesteś taka piękna, wspaniała, mądra, co jadłaś w dzieciństwie? Przyznaj się”. „No, w sumie chałkę i bułki”. „I żyjesz! To dlaczego ja, jako dziecko, mam jeść ten syf? Jak będę miał dwadzieścia lat, to zacznę to jeść, ale teraz mam dziesięć i chcę mieć łatwo, lekko i przyjemnie!”. To jest dzieciństwo.

J.M.: Teraz zrobiło mi się trochę przykro; na naszą obronę powiem, że przecież chcemy dla dzieci jak najlepiej…

P.M.: Przecież mówię tylko o tych, które przesadzają. Tak naprawdę wygrywają te kobiety, które dają szansę. One też chcą się wyrwać ze stagnacji, tyle że one biorą za łeb całą rodzinę: dyskutują, uczą się rozmawiać. Przychodzą na terapię razem z nim, wchodzimy mu na ambicję. Ja mówię: „Proszę pana, czy pan jest dobrym mężem?”. „Pewnie”. „A jaka jest pierwsza, główna rola męża?”. On na to: „No nie wiem, utrzymać dom?”. „Nie. Uszczęśliwić żonę. Czy pana żona jest szczęśliwa?”. I wtedy go zatyka. „No nie, jęczy ostatnio”. Ja na to: „No to ruchy, dziadu! Czego potrzebuje?”. „Hmm, akceptacji, wyjścia z domu, coś tam jeszcze…”. „I co w tym złego? Chyba że pan się do tego nie nadaje… W takim przypadku siadacie i dochodzicie do wniosku, że dalej już nie potraficie wspólnie żyć”. Te mądrzejsze kobiety dają szansę – i okazuje się, że sporo facetów chciałoby mieć ciekawe życie, tylko są leniwi. Nie mówię, że wszyscy, bo mnóstwo jest fantastycznych, aktywnych facetów, tyle że często potrzebują towarzystwa do tego, żeby coś zrobić. „Sam na piłkę nie pójdę, ale jeśli kumpel po drodze mnie z domu wyciągnie, to pójdę”. Albo kiedy żona powie (no niestety, taka już jej rola): „Stary, ruszmy się! Coś się zadzieje, ja tu mam blisko siłownię, ty możesz coś jeszcze porobić z dziećmi…”. Dzieci też nakręca do działania z tatą. Wtedy ta rodzina może być uratowana, bo nagle ów stary mówi: „Rany, jakie to jest fajne! Ruszam się, robimy coś razem. O, brzuch mi spadł! A już się wstydziłem. Nie wychodziłem z domu przez ten brzuch…”. I ona też zawsze może mu powiedzieć: „Człowieku, ty jesteś częścią społeczeństwa, masz się dobrze czuć! Dobrze się czujesz z tym brzuchem?”. „No, nie”. Przecież niewielu mężczyznom jest dobrze z nadwagą.

Każdy pomysł jest dobry. Zachęta, motywacja, wspólnie spędzony czas, wyjazd do SPA, naprawdę jest sporo możliwości… i powolutku. Wzajemnie się wspieramy. Ona potrzebuje wsparcia, ale on też. Tymczasem te kobiety, które od razu odchodzą, stawiają tylko warunki. A on ich nie spełnia, bo jemu potrzebna jest ewolucja, a u kobiet wybucha rewolucja. To właśnie jest zasadnicza różnica: rewolucjonistki, które odchodzą, chcą rewolucji u mężczyzny. Zapominając, że być może mają partnera, który zmienia się wyłącznie ewolucyjnie. Kapkę wolniej, nie tymi argumentami, nie w ten sposób. Potrzeba tu trochę miłości.

J.M.: Wcześniej powiedziałeś: „jeśli jeszcze jest miłość”. Jak to zweryfikować?

P.M.: Te „przeginające” kobiety skupiają się na bilansie jakościowym dotychczasowego życia, czyli na pracy, zarobkach, rozwoju, różnych takich rzeczach. Czyli: „Co on mi daje?”. Natomiast uczucie to jest coś wewnętrznego, w odczuciach, w organizmie, w sercu. Bardzo często wszystkie tamte rzeczy przykrywają, zasłaniają uczucie. Gdy pracuję ze związkiem, to się właśnie z tego wygrzebujemy i zawsze wtedy mówię: „Dobra, zostawmy to”. „Czy wy się kochacie? Wzruszacie się sobą? Czy macie odruch pomocy? Czy macie wzajemną empatię? Czy darzycie się przyjaźnią? Bo jeżeli jest tam jeszcze chociaż iskierka tej miłości, to my to rozpalimy. Natomiast jeśli wy to wszystko przykryjecie tymi oczekiwaniami i potrzebami, to może się okazać, że już się nie pozbieracie. Bo to się staje dla was ważniejsze”. Mam takie powiedzenie, że aby stworzyć związek, to absolutnie potrzebna jest miłość, uczucie, ale żeby stworzyć szczęśliwy związek, miłość jest absolutnie niewystarczająca. Wtedy trzeba zrobić bilans tego, czego nie ma, czyli tego „niewystarczającego”. Niby jest miłość, a nie ma reszty. Ale przez to, że jest miłość, to o tej reszcie można rozmawiać i wypracować, iść razem przez życie. Tylko jeżeli my wyłącznie czujemy, że nie mamy tego, co jest „niewystarczające”, to stawiamy warunki: „Musiałbyś zrobić to i to, i to”. Zasypujemy go dwudziestoma rzeczami, a on mówi: „Ratunku! Kiedy, jak?! Dziewczyno, litości!”, bo on przecież do ostatniej chwili nie wierzy, że ona tak naprawdę zamierza coś zmienić. No to ona bach! W końcu pisze pozew i się wyprowadza. Co on na to? Skoro już się wy- prowadziła, to coś tam próbuje, działa, miota się, ale ona mówi: „Nie spełniłeś warunków, nie ma ani tego, ani tamtego, rozchodzimy się”, koniec.

J.M.: I pozamiatane.

P.M.: Tak. Tylko, że ona ma wtedy cel: rozwój! I nawet potrafi przytłumić fakt, że może go jednak kochała. Nie miała wyjścia, bo musiała przecież zadbać o siebie, to ostatni moment… idzie dalej się coachować: „Teraz my!”. A on zostaje w depresji.

J.M.: W depresji?

P.M.: Tak, on nie rozumie, dlaczego ona odeszła. Co się stało? Przecież się kochaliśmy. Nic złego nie robiłem. Może nie lubiłem chodzić na siłownię, leżałem na kanapie, ale fajne filmy oglądaliśmy przecież, dlaczego nie mówiła wcześniej? A kobiety jeszcze potrafią dobić: „Zmarnowałeś mi całe życie!”. On nadal nie rozumie: „Dobrze, ale jeszcze dwa lata temu leżałaś na tej kanapie razem ze mną, wcinając chipsy i oglądając Netflixa”.

J.M.: I było fajnie.

P.M.: I było dobrze. Co się stało? Dokonała się rewolucja. U niej w głowie, w potrzebach. Dostrzegła to. Nie ma w tym nic złego – natomiast jeżeli mamy rodzinę, to oprócz różnych własnych potrzeb, powinniśmy brać też za nią odpowiedzialność. (…)

Mam wrażenie, że czasami kobiety wchodzą na ścieżkę wojenną z mężczyznami. A przecież to raczej powinna być opozycja: my, rodzina; my, para kontra cały świat. Tymczasem my, zamiast walczyć ze światem, wygrać, zdobyć, mieć fajne i luksusowe życie, zaczynamy walczyć ze sobą. (…)”‘

Cała rozmowa, z dość zaskakującym finałem, oczywiście w książce.

Write a comment