Styl Życia Uroda

7 beauty nawyków Home Made

Podobno na wyrobienie sobie nowego nawyku potrzebnych jest minimum 21 dni uporu i konsekwencji. Ten obecny, przedziwny czas, który nas zaskoczył odmiennością i drastycznie zakrzywił rzeczywistość, zamykając nas w czterech ścianach, może też stać się nieocenioną okazją, żeby zmienić rutynę i zacząć coś dobrego dla siebie robić. Czas mija. W tej niepewności to akurat jedyny pewnik. Domowa kwarantanna stanie się w końcu wspomnieniem i wrócimy do codziennych obowiązków w trybie „wolność”. A dobry nawyk wypracowany teraz- jak to nawyk- pozostanie i nawet go nie zauważysz…

Jakiś czas temu w telewizyjnym programie śniadaniowym opowiadałam o moich własnych, już wyrobionych przez lata beauty- nawykach, które ostatecznie stały się moją codzienną rutyną. Niewielki wysiłek, nakłady finansowe prawie żadne, a cała masa benefitów.

Up & Down podczas mycia zębów

No wiem, brzmi enigmatycznie, ale rzecz jest banalnie prosta i szybko wchodzi w krew (dosłownie, bo ta zaczyna szybciej krążyć). Zaczęło się kilka lat temu od tekstu, który przygotowywałam do jednego z kobiecych magazynów. Zgłębiałam temat bliski mojemu sercu – cellulit. A dokładnie skuteczne metody walki z nim.  Podczas zbierania materiałów do artykułu trafiłam do jednej z renomowanych warszawskich klinik i w trakcie testowania top zabiegu na wypasionej maszynie postanowiłam szczerze porozmawiać z rezolutną panią kosmetolog. Trafiłam dobrze, bo okazało się że pielęgnacja ciała, a zwłaszcza cellulit to akurat jej osobisty konik. Podpytałam ją o własne sprawdzone metody, niekoniecznie za miliony monet. Dwa patenty dobrze zapamiętałam. Pierwszy to ten, że przed wyjazdem na wakacje, kiedy zależy jej na ekspresowym poprawieniu jakości skóry regularnie naciera się lodem ( o tak! staje pod prysznicem, bierze kostki lodu  w garść (osłoniętą rękawicą) i naciera się nim od dołu tak długo jak wytrzyma, oczywiście, zachowując zdrowy rozsadek i unikając ewentualnych odmrożeń. Drugi ( i tu uwaga, mój hit!) to ten, że każdego dnia pracuje nad krążeniem. A w temacie cellulitu, krążenie to jedno z kluczowych zagadnień. Prawda jest taka, że dużo zaczyna się w łydkach. I tu sprawdza się jedno proste ćwiczenie, które od niej “kupiłam”.  Od tamtej pory zawsze podczas mycia zębów staję na stopniu ( takim z Ikei, klasycznym podwyższeniu dla dziecka) samymi palcami i śródstopiem. Piętę pozostawiam poza linią podwyższenia. Powoli wspinam się na palcach maksymalnie wysoko i opuszczam w dół napinając łydki.

Powtarzam  powoli ćwiczenie non stop podczas szczotkowania, kończąc pulsacyjnym, szybszymi wspięciami przez 30 sekund, akurat w trakcie płukania płynem. Przyznam, że trochę czasu mi zajęło łapanie równowagi, ale teraz nawet o tym nie myślę. Przy okazji trzymania rownowagi pracują też inne grupy mięśni, zatem dodatkowa korzyść. Zaczęło się od przypominajki pod postacią post- it’a z motywującym hasłem: ”Się wspinaj!!”, który przykleiłam na lustrze, a teraz do tego stopnia ćwiczenie weszło mi w nawyk, że będąc poza domem szukam zawsze przedmiotu, na którym mogę się powspinać w łazience. Jeśli nie masz stopnia, to grubsza książka w zupełności wystarczy. Efekty? Z cellulitem bywa rożnie, bo to jednak konkretny przeciwnik, a jego manifestacja to wypadkowa wielu czynników, ale na kształt łydek nie narzekam. Dodatkowo, rano po takim ćwiczeniu, czuję się jak po porządnym łyku espresso. A to znak, że krew krąży szybciej. I o to chodzi. 

Peelingowe Love w dni na P

( czyli w poniedziałek i piątek )

Peelingi uwielbiam, i jestem uzależniona! Jeśli dwa razy w tygodniu nie zetrę konkretnie naskórka z całego ciała, czuję się jakaś…niedoczyszczona. Zanim się uzależniłam, oczywiście jedyne co robiłam regularnie to zapominałam. O systematyczności nie było mowy, a ta jest akurat kluczowa w przypadku złuszczania.  I wtedy wpadłam na pomysł, żeby poniedziałek i piątek stały się dniami „P”eelingowania. Kolejny Post-It w łazience przez pierwszy miesiąc, a dziś to już oczywista oczywistość.

Dlaczego polecam to uzależnienie? Regularne usuwanie martwych komórek naskórka jest niezbędne do zachowania dobrej kondycji skóry, a konkretnie jej młodego wyglądu. Z wiekiem skóra coraz wolniej się odnawia i najzwyczajniej potrzebuje pomocy, w usuwaniu warstwy martwych komórek blokującym dostęp nowym pokoleniom, które powstają w głębszych warstwach skóry i stopniowo wędrują ku górze. Niestety warstwa rogowa jest gładka idealnie tylko u niemowlaka. Złuszczanie to odmładzanie, mobilizowanie i dopingowanie. Dzięki niemu skóra staje się jaśniejsza, bardziej jędrna i napięta. Masaż ścierającymi drobinkami pobudza mikrokrążenie, cyrkulację krwi i limfy. A dobrze ukrwiona skóra sprawniej zaopatruje się w tlen i składniki odżywcze. Dzięki temu nabiera zdrowego, pełnego energii wyglądu. Tylko  dobrze oczyszczona, czyli złuszczona skóra jest gotowa na przyjęcie dobroczynnych składników kosmetyków pielęgnacyjnych, które mają szansę wtedy naprawdę zadziałać. Dodatkowy bonusik? Regularnie stosowany peeling eliminuje problem wrastających włosków.

Pakiet korzyści ocen sama.

Przez lata konsekwentnego używania  przetestowałam naprawdę wszystkie dostępne opcje peelingów do ciała i już wiem co lubi najbardziej moja skóra. Już wiem co działa na nią naprawdę, a co tylko pięknie pachnie i wygląda kusząco w fancy opakowaniach.

Po pierwsze, plastikowym mikrogranulkom stosowanym jako środek złuszczający stanowczo mowię nie. Teoretycznie ich używanie są zakazane, ale kosmetyki z ich wykorzystaniem nadal zdarzają się w sklepach. Jeśli w składzie peelingu ( bo czytasz składy, prawda?) znajdziesz POLYETHYLENE (polietylen, PE), POLYETHYLENE TEREPHTHALATE (politereftalan etylenu, PET), POLYESTER-1 (poliester), czy POLYURETHANE (poliuretan) – unikaj jak ognia. Chyba, że  chcesz niebawem  przekąsić rybkę nafaszerowaną tym co przed chwilą spłukałaś z siebie do odpływu wanny.

Na szczęście natura ma dość zasobów, żeby skutecznie złuszczać skórę bez dewastacji środowiska. Zresztą skład peelingu jest naprawdę prosty: potrzebne jest coś co ma ścierać. czyli drobinki cukru, kawy, zmielonych pestek owoców  czy ziarka soli. No i jeszcze coś co ma natłuszczać i ewentualnie dać poślizg. Plus coś, co ma nadać przyjemny zapach. Nie ma tu specjalnej filozofii, więc moim zdaniem jest to akurat jeden z tych kosmetyków, za które nie warto przepłacać. Tym bardziej, że nawet spore opakowanie starcza zaledwie na kilka razy jeśli oczywiście podchodzisz sumiennie do złuszczania całego ciała i robisz to dokładnie, okrężnymi ruchami od koniuszków palców u stóp, aż po dekolt. Peeling to jeden z nielicznych kosmetyków, który naprawdę możesz zrobić szybko i samodzielnie we własnej kuchni. Wystarczy szklanka cukru, plus miód lub trzy łyżki oliwy z oliwek i kilka kropel olejku eterycznego. Ja akurat lubię ten przepis, bo chociaż najbardziej w gotowych peelingach  cenię zmielone ziarna kawy, to nie mam siły walczyć z kawowym bałaganem, kiedy taki peeling robię sama. W dni na “P” złuszczam się zatem sumiennie, ale delikatną skórę szyi traktuję wyłącznie peelingiem przeznaczonym do twarzy.  Uwielbiam enzymatyczne peelingi do twarzy, które nakładam przed wejściem do wanny i  daję im czas na działanie akurat kiedy ja solidnie, manualnie pracuję nad resztą ciała.

UV stop, non stop.

Mądra Polka po szkodzie… Jako posiadaczka efektownych przebarwień, mogę wydawać się średnio wiarygodna, ale umówmy się : skąd miałam wiedzieć 10 lat temu, że moje ukochane słońce, na które tak zachłannie się wystawiałam, jest jednocześnie moim wrogiem? W każdym razie, na pewno wrogiem mojej młodości. Temat wart dłuższego rozpisywania się, co zresztą po części zrobiłam w tekście „Nie tylko na lato”.  Jedno jest pewne, nawyk codziennego nakładania na skórę twarzy preparatu z wysokim filtrem to jeden z tych kluczowych dla zachowania zdrowia i urody (dokładnie w tej kolejności!)  maksymalnie długo. Jak o tym pamiętać? Jak to zrobić? O rany, kolejny kosmetyk o poranku!

Lekki ( oj tak, jak najlżejszy) fluid z wysokim faktorem postawiłam po prostu koło podkładu i od lat są nierozłączni. Tak więc najpierw nakładam ochronę  przed promieniowanie, potem idę do kuchni po kawę, żeby dać chwilę na wchłonięcie i dopiero nakładam podkład i resztę makijażu.

Już nie pamiętam, że kiedyś mogło być inaczej. Czy robię to teraz rownież siedząc w domu? No jasne! Najchętniej sięgając po krem BB z wysokim faktorem. Przecież podstępne prominiowane UVA przenika przez szybę, przez ubranie, a nawet naskórek. W pochmurny dzień również. Cały czas. I to ono odpowiada za fotostarzenie się skóry.

Fast Face Massage

W moc masażu wierzę. A wiara poparta jest doświadczeniem. Sprawne dłonie profesjonalisty potrafią zdziałać dużo więcej niż niejeden kosmetyk. Masaż to może nie botoks, ale… biorąc pod uwagę, że średnio naszą mimikę uruchamiają aż 43 mięśnie, które posiadamy w twarzy, efekt ich umiejętnego poruszenia potrafi zaskoczyć. To one przecież stanowią rusztowanie dla wszystkich miękkich tkanek. Niejednokrotne próbowałam nauczyć się odwzorować gesty wykonywane podczas dobrego masażu twarzy. Spędziłam też trochę czasu na You Tubie szukając ekspresowej alternatywy, idealnej dla mnie do wprowadzenia na codzień. W tym przypadku jak na razie bezskutecznie: za trudne, za skomplikowane, za dziwne, za długo… Ale! Jakiś czas temu wpadł mi w ręce genialny masażer z The Body Shop- zachwycił mnie na tyle, że jeszcze jako szefowa działu urody magazynu In Style  nagrodziłam go laurem kosmetycznego produktu Best Beauty Buys. Czym jest ? To zaledwie dwie kulki z załączoną instrukcją wskazującą kolejność gestów. Gestów jest raptem pięć . Poziom trudności: banał. Czas trwania masażu : 30 sekund.

Nic dziwnego, że nowy nawyk wyrobiłam sobie w mig i uprawiam każdego poranka, zawsze po nałożeniu serum. To już pierwszy pozytywny ruch w kierunku codziennego masażu twarzy, zanim wejdę level wyżej i uda mi się opanować kiedyś genialne gesty Azjatek.

Woda all day long

Czasem, kiedy złapię się na tym, że nie piłam wody w ciągu dnia  już ze dwie godziny, czuję wyraźny niepokój i w miarę możliwości, natychmiast nadrabiam taką karygodną lukę. 2 litry dziennie to moje minimum, ale nie zawsze tak było. Chociaż zawsze wiedziałam  i podskórnie czułam, że to ważniejsze od najlepszego kremu za miliony monet. Po prostu w ferworze codzienności, o wodzie zapominałam. Kilka lat temu wyrobiłam sobie nawyk, kupowania każdego dnia dużej butelki po drodze do pracy. Stawiałam ją sobie przed nosem, na biurku,  z założeniem, że przed wyjściem do domu, wyrzucam ją pustą jeszcze w redakcji. W dniach, które spędzałam na planach sesji zdjęciowych, też nauczyłam się z nią nie rozstawać.  O tego zaczął się mój romans z wodą, który szczęśliwie trwa, a nawet się pięknie rozwinął. Każdy, absolutnie każdy dzień zaczynam od duuuuużej szklanki ciepłej wody, do której wyciskam połówkę cytryny. Mniejszą szklankę z solidnym plastrem cytryny szykuję dla mojej dziewięciolatki, bo czym skorupka za młodu… a poza tym jeden nawyk będzie już miała z głowy na przyszłość.

Przez resztę dnia towarzyszy mi później wierny bidon. Jestem do niego przywiązana podobnie jak do telefonu, a to chyba najtrafniej obrazuje nasz nierozerwalny związek. W samochodzie, na spotkaniach, tam gdzie rozstawiam laptop i piszę, on po prostu zawsze jest obok. I w ten sposób przypomina mi o regularnym piciu. A kiedy jego zawartość się kończy, napełniam go znowu i znowu. Teraz w domu, też jest non stop tuż obok mnie i dokładnie tak samo to działa.

Demakijaż na nie -makijaż

Słyszałam tezę, że dom jest tam, gdzie nie musisz wciągać brzucha…uhm. Ja jednak jestem zdania,że brzuch należy wciągać  zawsze i wszędzie, nawet tam gdzie nikt nie widzi ( kolejny nawyk!) Wybieram zatem wersję: „Dom jest tam, gdzie nie musisz się malować.” Ale z kolei okres  domowej kwarantanny może być doskonałą okazją, żeby sobie z makijażem na spokojnie poeksperymentować i się nim pobawić bez presji czasu. Przy okazji, w ramach robienia rzeczy, które do tej pory leżały odłogiem, warto zrobić remanent w kosmetykach. A to prowokuje do wypróbowania tych, które do tej pory czekały na swoją kolej, albo były „za trudne” na codzienność. Demakijaż nie jest zatem tematem kompletnie pozbawionym uzasadnienia w tym specyficznym czasie. Mój, wieloetapowy, to kolejny nawyk. Ale nie zawsze tak było.

  Dawno, dawno temu pojawiła się opinia, że kontakt z wodą nie służy cerze i że demakijaż wykonywany mleczkiem i tonikiem, lub płynem micelarnym to jedyna słuszna opcja. Kto i na jakiej podstawie wysnuł taką teorię, nie pamiętam. Być może był to czas, kiedy woda w miejskich kranach była dużo gorszej jakości. Dziś, skoro uzdatniona jest do picia bezpośrednio z kranu, tym bardziej  nie ma zazwyczaj większych przeciwskazań, żeby unikać z nią kontaktu face to face.

W kwestii rozsądnego demakijażu oświecające okazało się dla mnie zgłębienie azjatyckiej sztuki pielęgnacji. Nie wszystkie rytuały Japonek czy Koreanek zaanektowałam, ale sumienny i wieloetapowy demakijaż owszem i to od razu.

Nie ma opcji, żebym położyła się spać o nim zapominając, nawet w te dni kiedy się nie maluję. To bez znaczenia. To co przez cały dzień zbiera się na skórze i blokuje pory, nie pozwala w nocy jej oddychać. Bez sensu byłoby jeszcze podduszać ją odżywczym kremem, kiedy nie jest gruntownie oczyszczona. „Gruntownie” to dla mnie właśnie wieloetapowo.

Najpierw zmywam makijaż oczu przykładając płatki nasączone dwufazowym płynem przeznaczonym do demakijażu tych okolic właśnie. Kolejny gest to umycie twarzy preparatem na bazie olejków, bo tylko one skutecznie „ściągną” z niej pozostałości tłuszczu z kosmetyków i sebum. Ale to nie wszystko, bo myję też skórę kolejnym preparatem, tym razem nietłustym, najchętniej delikatną pianką do mycia twarzy. Osuszenie i tonik (tu kocham np. wodę różaną!) , czyli niezbędny pomost pomiędzy oczyszczaniem a pielęgnacją, przywracający skórze naturalne pH. Tylko tak przygotowana przyjmie składniki aktywne serum, czy kremu.

Zdarza się, że mocniejszy makijaż zmywam najpierw preparatem micelarnym, bo celne micele pozwalają szybciej się z nim rozprawić- jak magnes: przyciągają, zmywają, usuwają sebum i tłuste resztki kosmetyków. Ale płyn, czy żel micelarny nie zwalnia z kolejnego etapu! Bo sprytne micele są substancjami powierzchniowo czynnymi, czyli detergentami które mogą podrażniać skórę. Absolutnie trzeba zmyć je za pomocą wody, niezależnie od sugestii na opakowaniu. No a później oczywiście tonik…

Na koniec zimny prysznic

Ten nawyk to akurat ”work in progress”, bo nie będę ściemniać- mega trudno mi się przełamać i wyjść ze strefy cieplutkiego komfortu. Naprzemienny prysznic, z zimnym finałem ma się rozumieć, to nie tylko ekspresowa napinka dla skóry, która ujędrnia, wygładza i zapewnia uniesienie biustu i pupy. Pobudza też krążenie krwi i metabolizm komórek. Podczas zmiany temperatury naczynia krwionośne rozszerzają się i zwężają. Dzięki temu krew dociera do narządów wewnętrznych, usprawnia ich pracę i pomaga skutecznie usuwać toksyny z organizmu. To również ożywienie i wzmocnienie funkcji układu odpornościowego, naczyniowego, nerwowego…No właśnie i tu upatruję klucza do sukcesu, wyrobienia sobie tego nawyku właśnie  w obecnej sytuacji. Jedną z zalet naprzemiennego prysznica jest łagodzenie zmęczenia i redukcja stresu. Najzwyczajniej w świecie, w efekcie poprawia nastrój. A nie wiem jak Tobie, ale mi najbardziej tego teraz potrzeba.

Write a comment