Styl Życia Uroda

365 dni do „Bikini Body”

Trudno uniknąć nieustannego porównywania się z innymi kobietami. Na korzyść i na niekorzyść, ma się rozumieć, z czego to pierwsze buduje, ale drugie dołuje i działa przygnębiająco. No cóż, niestety nie jestem właścicielką brzucha i uda na powyższym zdjęciu.

Tegoroczne wakacje spędziłam po części nad rodzimym Bałtykiem i na nieco bardziej kosmopolitycznej greckiej plaży. W jednym i drugim miejscu zerkałam  zarówno na kobiety wstydliwie kryjące się pod pareo za każdym razem gdy wstawały z leżaka i na te, które z dumą i premedytacją przechadzały się wzdłuż morskiego brzegu w idealnie dopasowanych i możliwie  skąpych bikini. Względnie wypinały swoje wdzięki przy plażowym barze.

Puszyste, chude, wysportowane, wydepilowane po czubki palców, albo wcale… Właściwie można by się pokusić o podzielenie plażowiczek na trzy grupy: pierwsza to te szczerze zadowolone z siebie i manifestujące swoje zadowolenie całemu światu; druga, to te maskujące brak zadowolenia i pewności siebie pewnego rodzaju nonszalancją i abnegacją; no i ostatecznie te, u których fala kompleksów (bardziej, albo mniej uzasadnionych) zdominowała czystą przyjemność plażowania.

Nie czułam jednoznacznej przynależności do żadnej z tych grup, choć życzeniowo oczywiście  chciałabym pretendować do tej pierwszej. Nie mogłam się jednak oszukiwać analizując aktualną kondycję swojego ciała. 

W tym roku, przyznaję się ze skruchą, moja osobista akcja „ idealne ciało do lata „ znana też w mediach  pod kryptonimem  „Bikini Body” kolejny raz spaliła na panewce. 365 dni temu ( Wow! dziś mamy rocznicę ) byłam prawie stuprocentowo przekonana o swojej “fit- spektakularnej- metamorfozie”. Jeszcze pół roku przed wakacjami, miałam niezwykle ambitny plan, który oscylował gdzieś w okolicach pięciu kilogramów na minusie oraz płaskiego, mocnego brzucha. Ba nawet jeszcze w czerwcu łudziłam się, co do możliwości pozbycia się przynajmniej, jeśli już nie nadprogramowego tłuszczu, to chociaż nadprogramowej wody. Z moich wyliczeń wynikało, że w duecie z codziennymi ćwiczeniami brzucha, straciłabym upragnione 2 kilogramy. No cóż, spójrzmy jednak prawdzie w oczy : albo usuwanie nadmiaru wody, albo letnie wieczory z prosecco.

W wakacyjny sezon Anno Domini 2019 wkroczyłam więc  z opuszczoną gardą i w zeszłorocznym kostiumie kąpielowym. O nagrodzie pod postacią nowego zakupu nie było mowy, a mierzenie się w tym stanie z jakimkolwiek bikini w przymierzalni, uznałam za zbyt upokarzające.

Czy przez to miałam mniej udane wakacje i mniej potrafiłam się z nich cieszyć? Na fali wszechobecnego nurtu #bodypositive refleksja powinna być oczywista, a dojrzałą powinna być kategoryczna odpowiedź: NIE. Tymczasem, ja miałam pełną świadomość, że gdybym jednak spięła tyłek i zrobiła dla niego coś więcej, byłabym szczęśliwsza, bardziej pewna siebie i dumnie prężyłabym się, nie tylko pod plażowym parasolem. 

Co nie umniejsza moim zachwytom nad każdym, nadmorskim zachodem słońca. Nie odejmuje też radości płynącej z wakacyjnej beztroski i czasu spędzonego z przyjaciółmi  i rodziną.  Żeby sprawa była jasna: nie spędziłam wakacji zdołowana! Ale też wiem doskonale jak świetnie bym się czuła, gdybym bardziej o siebie zawalczyła. Znam to uczucie doskonale i warte jest swojej ceny.

Temat wyglądu zewnętrznego, a co z tym idzie temat ciała, jest mi niezwykle bliski, bo to nad nim koncentrowałam się przez lata swojej pracy jako stylistka i dziennikarka zajmująca się przede wszystkim modą i urodą. Większość tego co robię i o czym piszę było i jest o ciele. Czy przez to stałam się powierzchowna i próżna? Nie sądzę. Nie rozumiem dlaczego często deprecjonujemy znaczenie wyglądu na rzecz stanu ducha i rozwoju umysłu? Przecież psyche i fizis to nierozerwalna jedność. Dbanie o tą naszą zewnętrzna powłokę  jest równie ważne i cenne  jak gimnastykowanie szarych komórek. O ile oczywiście zależy nam na harmonii. A rzecz ma jeszcze większe znaczenie kiedy jesteś kobietą. Bo nic kobiety tak nie uskrzydla jak przekonanie, że wygląda świetnie. Nic nie dodaje jej większej pewności siebie i nie pozwala z lekkością podbijać świata.

Na swojej zawodowej drodze spotkałam naprawdę dziesiątki kobiet, które ubierałam, szkoliłam, „metamorfozowałam” i z którymi naprawdę duuuużo rozmawiałam. I uwaga, oto kwestie, które niestety słyszałam wielokrotnie: ”Dla mnie wygląd nie ma aż takiego znaczenia.” „Ja tam lubię swoje nadprogramowe kilogramy, tylko ubrać się jest mi trudno.”, “Liczy się to, co jest w głowie…”, „Ja mam dwójkę dzieci i  ważniejsze sprawy niż ćwiczenia.”, „ Mąż to lubi zjeść solidnie, więc jaka tam u nie może być dieta.” I wiecie co? Nigdy tego nie kupowałam. Im bardziej kobieta zapierała się, że lubi siebie taką jaka jest i nie zależy jej na fizycznej zmianie, tym bardziej się nad nią pochylałam. Bo w powietrzu czuć było kompleksy. I nie w tym rzecz żeby młotkować teraz każdą z nas, że za wszelką cenę musi docisnąć do cielesnego ideału popularnej trenerki fitness. Nie w tym rzecz. Każda z nas ma swoje limity, fizyczne uwarunkowania i ograniczenia. Ja już wiem, że choćbym stanęła na rzęsach nie będę smukłą i eteryczną Kate Moss ( a kiedyś, serio, łudziłam się i głodziłam). Ale wiem z kolei, że przy odrobinie konsekwentnego wysiłku mogę mieć brzuch twardy jak stal, proste plecy i zero fałdek pod paskiem od stanika. Rzecz w tym, żeby w ramach swoich możliwości ( również, a może przede wszystkim tych zdrowotnych!) dbać o to nasze ciało, bo mamy je naprawdę tylko jedno. I nie jest ono wyłącznie zgrzebnym opakowaniem dla mózgu. Kto tak powiedział?

Każda z nas wie też świetnie, kiedy czuje się ze sobą dobrze. I nie u każdej jest to akurat kwesta zgubienia pięciu kilo. Kiedy czujesz się świetnie w swoim ciele, co za tym idzie? Lista benefitów jest imponująca. Poziom pewności siebie szybuje w górę, kryterium poszukiwania sukienki zmienia się z „Czy w to wejdę? ” na „ Podoba mi się!” (a ostatecznie okazuje się, że wyglądasz ekstra nawet w tej starej sprzed czterech sezonów).  Lżej ci też ze sobą po prostu i więcej mocy jesteś w stanie wykrzesać. Kondycja nagle się poprawia, nawet podczas prozaicznych codziennych czynności… A, co nie do przecenienia, nagle seks staje się śmielszy i lepszy.

Dlatego, drogie koleżanki moje, zwłaszcza i przede wszystkim te po czterdziestce ( bo wiem z autopsji, że niestety stopień trudności z każdym rokiem rośnie), te z was, których akcja Bikini Body w tym roku zakończyła się sukcesem: „Brawo Wy” i lajkuję wasze wakacyjne posty na Instagramie szczerze i entuzjazmem. Czy zazdroszczę? Jasne! Ale ta zazdrość to raczej pozytywna motywacja. Wiem ile was kosztowało pracy i samodyscypliny, każde z frywolnych zdjęć w bikini. Szacunek.

A przede mną…uhm,  nowy rok i nowa szansa.

Write a comment