Styl Życia

30 dni do Zmiany. Czas start.

Każdy, absolutnie każdy moment jest dobry, żeby zacząć zmianę, o której się skrycie marzy. Nie ma co czekać na grom z jasnego nieba, albo jakąś kluczową datę pod tytułem: początek Nowego Roku. Początkiem “Wszystkiego Nowego” może być po prostu 12 października. Bez powodu i dodatkowego pretekstu.

Od dziś przez 30 dni rozpoczynam motywującą akcję : „Piękniejsza będziesz silniejsza”. 30 dni, 30 postów na IG, FB i story, które dadzą obraz mojej własnej zmiany. Tej wewnętrznej i w konsekwencji zewnętrznej. Zmiany, którą definitywnie rozpoczęłam pisząc książkę „ Kobiety Rakiety. My z Pokolenia X”, chociaż kilka znaczących kroków do niej prowadzących postawiłam już dużo wcześniej. Zmiany, która okazała się być procesem kosztującym mnie ogromnej samodyscypliny i całej masy pracy. Ten mozolny proces doprowadził mnie jednak do momentu, w którym jestem dzisiaj. A to moment niewyobrażalnej wdzięczność. Również dla ludzi, którzy na tej drodze mi pomogli.

Niech to 30 dni będzie dla Ciebie czasem napędzającym Twój własny motor motywacji i chęci działania. 30 dni na zmiany w Tobie to cała masa czasu, żebyś stała się  w pełni gotowa i zawalczyła o swoje życie najlepszej jakości. Bo, parafrazując klasyk copywriting’u: „Jesteś tego cholernie warta!”

A cytując samą siebie:  „Piękniejsza będziesz silniejsza” nie jest to bynajmniej manifest próżności. Piękniejsza czyli: 

⭐️świadoma siebie,

⭐️spełniona ,

⭐️pewna własnej wartości,

⭐️zdrowsza (!),

⭐️w dobrej formie 💪

⭐️wyzbyta ściągających w dół kompleksów,

⭐️Sexy!

Bez sensu jest dążenie do ideału, który wyznacza ktoś inny. Sens ma praca nad sobą i ze sobą , tak żeby finalnie zostać najlepszą wersją S i e b i e . Sexy? To określenie znaczeniowo pojemne… może oczywiście wywoływać banalne skojarzenia. Dla mnie oznacza #positivevibes Bieg przez życie bez kompleksów i zawiści. Świat nie chce drętwych, nadętych smutasów, wyrachowanych suk, ani frustratek napędzanych negatywną energią. Tylko wtedy kiedy będziesz zadowolona z siebie, dasz innym światło w uśmiechu, a on z kolei wróci do Ciebie ze zdwojoną siłą.

Wiosenny czas izolacji, był dla mnie wyjątkowo wyjątkowy. I trudny i przełomowy. Rozstałam się po kilkunastu latach związku, sprzedałam mieszkanie, samam przebrnęłam przez przeprowadzkę. Nauczyłam się mega samodyscypliny trenując codziennie w domu…
Tak! Sport mi pomaga- na tyłek i na głowę przede wszystkim. To uczucie po treningu, na który nie chciało się iść…Nieporównywalna z niczym innym satysfakcja.

Całkiem niedawno dotarło do mnie, że przez ostatnie dwa lata wykonałam nad sobą ogrom pracy, większy i bardziej znaczący niż przez poprzednie 10 lat. To niebywałe ile jesteśmy w stanie dla siebie zrobić w krótkim okresie czasu. Wszystko absolutnie wszystko zaczyna się od samoświadomości. Od świadomości w ogóle. To o czym pisałam w mojej książce „Kobiety rakiety. My z pokolenia X. „ jest niezmiennie aktualne. To pytania, które warto sobie zadać zatrzymując się na chwilę w naszym codziennym pędzie utkanym z nawyków i rutyny: W jakim punkcie życia jestem? Czy tam gdzie chciałam się znaleźć jeszcze kiedy miałam marzenia i wiarę w ich realizację? Czy moje życie przypomina to z pierwotnych marzeń a przynajmniej oczekiwań? Czy w międzyczasie poszłam na tyle kompromisów, że moje cele i pragnienia całkiem się zatarły? Tak, jestem orędowniczką zmiany- zmiany na własną skalę. Bo każda z nas ma tą skalę inną.  I nie musi to być życiowa rewolucja, najczęściej nawet nie powinna to być rewolucja. Ja akurat zmieniłam wszystko – rzuciłam pracę, sprzedałam mieszkanie pozbywając się bagażu frankowego kredytu, w konsekwencji decydując się na spontaniczny wynajem. Zmieniłam też  znacząco swoją fizyczność… A co najistotniejsze rozstałam się po 15 latach związku z moim partnerem, decydując się zostać sama z dziewięcioletnią córką. I tu, żeby nie było niedomówień : nie jestem wojującą feministką i orędowniczką Królestwa Kobiet. Uwielbiam mężczyzn, nie tylko dlatego,że kocham sex ( dużo bardziej od sportu!) , ale za całą masę męskich, partnerskich mądrych, ciepłych, wspierających rzeczy.  Ale jestem orędowniczką zdrowych relacji. Takich, które żadnej ze stron nie ciągną w dół, takich które nie krzywdzą i takich które nie niszczą. A przede wszystkim takich które nie podcinają skrzydeł. Tym bardziej jest mi przykro, że relacje i związki to obszar, który dzisiaj tak bardzo kuleje. Tyle tu frustracji i zawiedzionych nadziei. Braku zaufania, braku zrozumienia, braku czułości, za to cała masa przemocy. Dużo kłamstwa i milczenie zamiast dialogu.

Po co mi ta trzydziestodniowa  akcja? Chcę pokazać, że warto zawalczyć o siebie zawsze, w każdym momencie życia i w każdym wieku. Warto zawalczyć o swoje ideały, swoje aktualne (!) wartości, o radość, o szczęście, o miłość (#selflove first!) , o wygląd, który uszczęśliwia odbicie w lustrze. A w efekcie- zwłaszcza teraz, w tych porąbanych czasach, które swoją dołującą energią niewątpliwie nie ciągną nas w górę – warto produkować w sobie, wewnątrz # positivevibes . Warto, a nawet trzeba uzupełnić te deficyty energii pozytywnej. Jedynej, która ma moc napędu do rzeczy dobrych i mądrych i cennych.

Ten ponury jesienny czas który się rozpoczyna, to tak naprawdę najlepszy moment, żeby zacząć robić coś pozytywnego dla siebie. Dlatego przewrotnie moją akcję rozpoczynam w październiku, kończąc w listopadzie. Coś pozytywnego coś motywującego i wspierającego właśnie na ten brzydki okres. Brzydki krajobraz i dodatkowo w brzydkich maskach. Trudno tu o krainę uśmiechu…

Ale największą satysfakcję daje przełamanie swoich słabości właśnie wtedy, kiedy wydaje się to totalnie niemożliwe, a winę za bezczynność można przerzucić na niesprzyjające okoliczności. Wczoraj w niedzielny wieczór zrobiło się wyjątkowo zimno i jakoś zaskakująco szybko ciemno. A ja nie czułam się mega w formie (delikatnie rzecz ujmując) po nieprzespanej sobotniej nocy. Siedziałam na kanapie pod kocem zastanawiając się czy gdzieś mam schowane słodycze, bo przecież należy mi się odrobina przyjemności – w końcu niedziela i takie tam klasyczne usprawiedliwienia. Sama nie wiem jak to się stało że wstałam  i założyłam buty do biegania. I przebrałam się. I wyszłam z mojej ciepłej strefy niewątpliwego komfortu. I wbiegłam w tą zimną ciemność. Już dawno nie biegło mi się tak lekko i dobrze. Wróciłam w swojej najszczęśliwszej wersji. Tej dumnej z siebie. Nie tej, tkwiącej w permanentnym poczuciu winy.

Tej wersji Ci życzę. Twojej własnej, najlepszej i dumnej z siebie.

  

Write a comment